Kolejny rozdział niebawem, może uda mi się naskrobać coś dłuższego.
Pozdrawiam i zapraszam do czytania :-)
Hermiona
już od kilku minut nie spała. Leżała na swoim starym łóżku, w dormitorium
dziewcząt i wpatrywała się w wiszący nad nią purpurowy baldachim. Nienawidziła
marnować czasu w ten sposób, ale dziś czuła się wyjątkowo zdołowana i
przygnieciona myślami szalejącymi w jej głowie. Cieszyła się jedynie z ciszy
panującej w pomieszczeniu. Koleżanki z jej rocznika wróciły do domów dzień po
bitwie, więc nie miała czasu ich pożegnać ani nawet zobaczyć. Nie sprawiało jej
to przykrości, ponieważ nigdy za nimi nie przepadała.
Zastanawiała się nad rozmową z Harrym, którą odbyła dzień wcześniej. Odniosła
wrażenie, że przez kilka dni diametralnie się zmienił. Zawsze był dla niej
odważnym, choć nieco porywczym chłopcem o dobrym, czystym sercu. Wczoraj wydał
jej się dojrzalszy, ale mniej ufny i otwarty. Martwiło ją to, a także fakt, że
dała się wciągnąć w sprawę ze Snape’em. Wierzyła w jego niewinność i brak złych
zamiarów, była mu wdzięczna za ocalenie przed wilkołakiem, ale czy rzeczywiście
zależało jej na nim aż tak, by silić się i trudzić na udowodnienie swojej racji
Harry’emu? Przygryzła wargę.
Powoli zsunęła się z łóżka, naciągnęła na siebie jeansy i zielony T-shirt. Włosy
spięła w luźnego koka i skierowała się do wyjścia. Zastanawiała się, czy w
Wielkiej Sali trwa śniadanie. Harry powiedział jej, że po wyjeździe uczniów ze
szkoły, dyrektor udostępnił zamek Zakonowi Feniksa, zapewniając im
bezpieczeństwo i odpowiednie warunki, ale nie była pewna, czy dotyczyło to
także wspólnych posiłków. Schodziła powoli, rozglądając się po opustoszałej
szkole. Przywykła już do biegających z góry na dół przerażonych uczniów,
zapominających swoich zadań, książek, a czasami pierwszorocznych, wciąż
gubiących się na złośliwych, zmieniających miejsce schodach. Hogwart bez
uczniów przestawał być przyjemnym miejscem. Zaczynała dostrzegać potęgę zamku i
podziwiała każdy jego zakamarek.
Gdy doszła do Wielkiej Sali była pewna, że wewnątrz trwa śniadanie. Pchnęła
ciężkie drzwi i znalazła się w środku. Naprzeciwko niej stał długi, suto
zastawiony stół, a wokół niego zasiadało pełno znanych jej i nieznanych twarzy.
Speszyła się lekko, gdy kilkanaście osób zawiesiło na niej wzrok.
-HERMIONA! – usłyszała głos Ginny i dostrzegła jej machającą rękę. Skupiła
spojrzenie na niej i podążała przed siebie, nie rozglądając się na boki.
-Cześć Wam – przywitała się z przyjaciółką, jej rodzeństwem w pełnym składzie,
a także Harry’m i Neville’em. Na widok twarzy ostatniego wzdrygnęła się
wewnętrznie. Nie miała pojęcia jakim zaklęciem dostał, ale współczuła mu całym
sercem. Zajęła miejsce obok między
przyjaciółką, a Fredem, naprzeciw Harry’ego, z którym wymieniła porozumiewawcze
spojrzenie. Nikt nie wiedział o ich planie i nie miał prawa się dowiedzieć. Gdyby
Snape się dowiedział, że próbują go przechytrzyć… Przeszedł ją dreszcz. Sięgnęła
ręką po rogalika i połówkę pomarańczy, a także nalała sobie gorącej kawy do
filiżanki.
-Harry, kurczę, sam nie wiem czy moi starzy się nadają do tej roboty…
-powiedział cicho Ron. Dziewczyna zorientowała się, że dołączyła do nich w
trakcie trwającej dyskusji.
-Ron, mama i tata działali w Zakonie kiedy Ciebie nie było jeszcze na świecie.
Poradzą sobie lepiej z tym zadaniem niż ktokolwiek inny! George na pewno
zgodziłby się ze mną, gdyby nie jego problemy ze słuchem – Fred niedbałym ruchem
ręki wskazał na miejsce, w którym brakowało ucha jego bliźniaka. Wszyscy przy
stole cicho zachichotali.
-Jesteście okropni – prychnęła Hermiona. – O jakie zadanie chodzi? Może
mogłabym pomóc?
-Nic wielkiego, kilka spraw w ministerstwie… - zaczęła Ginny.
-…objąć stanowisko Ministra Magii… - wtrącił się George.
-…podrzucić kilka kieszonkowych bagien… - dorzucił Fred.
-…i wymiotów pomarańczowych do gabinetu Umbridge! – dokończyli wspólnie,
przybijając sobie piątkę.
-No tak… -mruknęła z uśmiechem Hermiona. Wykorzystała chwilę i rozejrzała się
po osobach siedzących przy stole. Zauważyła profesor McGonagall pochylającą się
w stronę Molly Weasley, Dumbledore’a dyskutującego z profesor Sprout,
Kingsleyem Shackleboltem oraz kilkoma czarodziejami, których Hermiona nie
znała. Po drugiej stronie stołu zauważyła Billa Weasley'a przytulającego Fleur.
Było tu mnóstwo osób, jednak nigdzie nie zauważyła Severusa Snape’a.
-Za kim się tak rozglądasz, Miona? – mruknęła po ciuchu Ginny.
-Och… Gdzie jest Wasz tata? – rzuciła.
-Poszedł odwiedzić Remusa do Munga.
-Nie tylko odwiedzić. W szpitalu są ustawione warty, żeby nikt nie interesował
się członkami Zakonu. Dostarczamy im własne leki i jedzenie. Lepiej nie
ryzykować – dodał Percy.
-Słyszałem jak McGonagall rozmawiała z tatą na temat eliksiru tojadowego dla
Remusa. Podobno Snape’owi kompletnie odwaliło i musieli go namawiać, żeby go
przygotował. Dupek – powiedział Ron, po czym wsadził sobie do ust kawałek
sadzonego jajka.
Hermiona nerwowo zerknęła na Harry’ego, który spojrzał na nią znad filiżanki.
Nie potrzebowała teraz kolejnych złych opinii na temat Mistrza Eliksirów.
-Więc siedzi cały czas w lochach? – zapytała, siląc się na obojętny ton.
-Snape? Pewnie opala się na błoniach… - parsknął śmiechem Fred.
-Rany, czy można od Was uzyskać jakieś rzetelne informacje? Ze wszystkich i
wszystkiego musicie robić sobie żarty? – odwarknęła poirytowana. Dopiła resztkę
kawy i wstała. – Muszę lecieć, mam kilka spraw do załatwienia. Złapię Was
później.
Odwróciła się i szybkim krokiem skierowała się w stronę wyjścia.
Wyszła na główny dziedziniec, starając się uspokoić. Denerwowała ją postawa
chłopców. Snape był nieznośnym, złośliwym człowiekiem, ale nie miało to teraz
znaczenia. Uratował ją. Gdyby nie on, dziś nie byłoby jej tutaj. Żaden człowiek
nie posiadał nic cenniejszego niż dar życia. Możliwość wykorzystania go,
spędzenia jak najlepiej, postawienia czegoś po sobie. Była młoda i
niezaprzeczalnie bardzo uzdolniona. Jeśli miała zginąć, to chciałaby, żeby jej
śmierć coś znaczyła, a nie była tylko przypadkowym nieszczęściem.
Zastanawiała się, jak to możliwe, że dostała drugą szansę. Wątpliwości
Harry’ego powoli przelewały się na nią, docierając do jej serca. Jeśli chłopak
miał rację, to marny jej los. Musiała jednak być pewna. Gdyby Snape okazał się
zdrajcą, to musiałaby podzielić się tym z Dumbledore’m. Mistrz Eliksirów byłby
skończony wśród społeczeństwa czarodziejów.
Martwiła się jednak, bo skoro nie miał ochoty pokazać się na śniadaniu, ani
rozmawiać z Minerwą McGonagall, to jakie szanse miała ona? Jeśli podziękuje mu
za uratowanie życia, to ich rozmowa zamknie się w dwóch zdaniach, po czym
wyrzuci ją z gabinetu. Westchnęła zrezygnowana i ruszyła korytarzem do lochów. Musiała
coś wymyślić, powód, by zbliżyć się do niego… Zawiesiła wzrok na kamiennej
posadzce. Nie było sensu iść dalej bez dobrego planu.
-Co tu robisz? – usłyszała. Podskoczyła, gwałtownie obracając głowę w kierunku
ściany. Hermiona zauważyła wiszący portret szczupłej dziewczynki. Miała
rozpuszczone, ciemne włosy, jasne oczy i zadarty nos. Patrzyła z wyższością na
Hermionę.
-Co Ci się stało w policzek? Przewróciłaś się? Na pewno nie. Wyglądasz, jakbyś
walczyła z niedźwiedziem. I masz bardzo niechlujny strój… – dorzuciła
przemądrzałym tonem, bawiąc się białą sukienką, którą miała na sobie.
-Przewróciła…? No tak! Blizna! – ucieszyła się niespodziewanie Gryfonka.
–Dzięki! – rzuciła i nie zwracając uwagi na komentarze dziewczynki, ruszyła
pewnym krokiem przed siebie.
Zbiegła po spiralnych schodach i dopiero ułamek sekundy po tym jak zapukała do
ciężkich, drewnianych drzwi zdała sobie sprawę, że jej pomysł może być
niewystarczający, a druga szansa pewnie szybko się nie trafi. Nie miała już
jednak wyjścia. Drzwi otworzyły się, a w progu stanął Severus Snape. Nie miał
na sobie standardowego stroju, a ciemne spodnie i czarną, elegancką koszulę.
Minę miał jednak bardzo standardową – ust wykrzywione w nieprzyjemnym grymasie,
oczy ciskające pioruny, a zakrzywiony nos zdawał się istnieć tylko po to, by
podkreślać jego brzydotę.
-Czego chcesz, Granger? – warknął, wwiercając się w nią wzrokiem.
-Panie profesorze, chciałam z panem porozmawiać – powiedziała.
-Właśnie to robimy.
-Ale… czy moglibyśmy wejść do środka? – zerknęła nerwowo w głąb pomieszczenia.
-Nie. Nie mam ochoty na rozmowę z Tobą, a co dopiero na widok Ciebie w moim gabinecie – syknął.
Westchnęła ciężko. Wiedziała, że nie będzie łatwo, ale nie mógł już jej
terroryzować. Nie była dzieckiem ani uczennicą Hogwartu, a on nie był jej
nauczycielem. Była dorosła i musiała być odważną, pewną siebie czarownicą.
-Czy przekomarzanie się jest pana wieczną odpowiedzią na wszystko? Chcę z panem
porozmawiać i być pewną, że gdzieś za rogiem korytarza nie stoi osoba chętna na
przysłuchanie się tej rozmowie – rzuciła ostro. Czy postawienie mu się wzbudzi
jego szacunek? Wewnętrznie przygotowała się na cios.
-Wejdź – usłyszała po chwili. Z niedowierzaniem spojrzała na mężczyznę.
-Nie będę tracić czasu, Granger, właź – rzucił, przewracając oczami. Szybko
wślizgnęła się do pomieszczenia, przez pozostawioną jej wąską szczelinę między
drzwiami, a futryną.
Gabinet Severusa Snape’a był małym, okrągłym pomieszczeniem. Piętrzące się,
zakurzone regały ustawione jeden obok drugiego, były idealnymi meblami na
przechowywanie słoików z obrzydliwą zawartością. Na środku pomieszczenia stał
okrągły, stylizowany stół, a wokół niego trzy obite ciemną skórą fotele.
Severus wolnym krokiem podszedł do jednego z nich i ręką wskazał miejsce
dziewczynie, po czym sam zajął fotel po przeciwnej stronie. Kątem oka zauważyła
ukryte między regałami drzwi. Pewnie
prowadzą do jego komnat… - pomyślała.
-Słucham – powiedział cicho.
-No więc… - oblizała spierzchnięte wargi. Poczuła, jak jej serce zaczyna
mocniej bić. – Chciałam panu podziękować. Za uratowanie mi życia… Zanim zjawił
się pan na piętrze, byłam przekonana, że będę musiała zapłacić za swoją
bezmyślność, ale… dostałam jednak drugą szansę. Dzięki panu. – opuściła wzrok
na swoje ręce, gdy zauważyła złośliwy uśmiech na twarzy profesora. – Dlaczego
się pan śmieje?
-Sytuacja byłaby całkiem poważna gdyby nie fakt, że najgłupszy błąd popełniła
jedna z najinteligentniejszych uczennic. Przynajmniej według innych profesorów
– dorzucił cynicznie i z satysfakcją przyglądał się czerwieniącej się dziewczynie.
-Tak, wiem. Ale nie jestem na tyle dumna, żeby nie przyznać się do tego błędu.
Każdy jakieś popełnia, mniejsze lub większe, prawda profesorze…? – odgryzła
się. Mężczyzna zwęził wzrok.
-Czego chcesz, Granger? – jego twarz znów przypominała wyrzeźbioną w skale.
-Potrzebuję pana pomocy. Po… walce z Greybackiem została mi blizna. Chciałabym
się jej pozbyć, ale obawiam się, że to nie jest zwykłe rozcięcie. Mam rację?
-Od kiedy przejmujesz się wyglądem? – rzucił z irytacją. Kontynuował, nie
zważając na jej oburzony wyraz twarzy. – Zajmowanie się bliznami jest chyba
teraz dość nie na miejscu, nie uważasz? Zwykłe odwracanie uwagi od istotnych
spraw. Dyrektor organizuje pogrzeb dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co
Ty. Pomyśl, dzielna Gryfonko – tu
znów rzucił jej złośliwy uśmiech i nachylił się w jej kierunku – co znaczą
Twoje blizny wobec ofiar z ludzi? Może dobrze byłoby je pokazać światu? Społeczeństwo
byłoby zachwycone widząc, jak dzielna przyjaciółka Złotego Chłopca naraża swoją
gładką buźkę dla dobra innych – wysyczał, niemal wypluwając ostatnie słowa.
Hermiona nie wiedziała w którym momencie w jej oczach pojawiły się łzy, a w
którym popłynęły po policzkach.
-Na dole panowało piekło, a ten obrzydliwy potwór rzucał niewybaczalnymi w
każdą ruszającą się osobę… - zaczęła łkając. - Chciałam go odciągnąć! CHCIAŁAM
POMÓC! Czuję się odpowiedzialna za śmierć Luny i Tonks. Ta myśl będzie
towarzyszyć mi już zawsze, nie będzie mi łatwiej. Co chce pan jeszcze usłyszeć? Że przykro mi,
bo żyję?!– krzyknęła, łapiąc z trudem powietrze. Schowała twarz w dłoniach.
Severus zmierzył ją chłodnym spojrzeniem. Siedzieli chwilę w ciszy, przerywanej
szlochem dziewczyny.
-Może uda mi się coś zrobić z Twoją blizną – mruknął po dłuższej chwili. – I
masz rację. To nie jest zwykłe rozcięcie. Greyback był przesiąknięty czarną
magią, więc nie będę w stanie usunąć tych blizn jednym machnięciem różdżki.
Będę musiał przygotować eliksir, a to może potrwać – dodał z niechęcią.
Hermiona nie dowierzała w to, co słyszy. Otarła ręką mokre policzki.
-Dz-dziękuję… - wydukała wciąż roztrzęsionym głosem.
-Wróć tu jutro rano, nie mam zamiaru sterczeć nad kociołkiem gdy Ty będziesz
biegać po błoniach i zbierać kwiatki – rzucił niedbale. – A teraz wynocha.
Wystarczy mi Twojej gryfońskiej obecności – dodał, wstając z fotela i kierując
się w stronę wyjścia.
Hermiona wstała i spojrzała na niego nieśmiałym wzrokiem, kiedy przytrzymał jej
drzwi.
-Dziękuję profesorze – powiedziała cicho, na co kiwnął jej głową. Minęła go i
wyszła z gabinetu. Nie obracając się za siebie, ruszyła w kierunku schodów.