Kolejny rozdział niebawem, może uda mi się naskrobać coś dłuższego.
Pozdrawiam i zapraszam do czytania :-)
Hermiona
już od kilku minut nie spała. Leżała na swoim starym łóżku, w dormitorium
dziewcząt i wpatrywała się w wiszący nad nią purpurowy baldachim. Nienawidziła
marnować czasu w ten sposób, ale dziś czuła się wyjątkowo zdołowana i
przygnieciona myślami szalejącymi w jej głowie. Cieszyła się jedynie z ciszy
panującej w pomieszczeniu. Koleżanki z jej rocznika wróciły do domów dzień po
bitwie, więc nie miała czasu ich pożegnać ani nawet zobaczyć. Nie sprawiało jej
to przykrości, ponieważ nigdy za nimi nie przepadała.
Zastanawiała się nad rozmową z Harrym, którą odbyła dzień wcześniej. Odniosła
wrażenie, że przez kilka dni diametralnie się zmienił. Zawsze był dla niej
odważnym, choć nieco porywczym chłopcem o dobrym, czystym sercu. Wczoraj wydał
jej się dojrzalszy, ale mniej ufny i otwarty. Martwiło ją to, a także fakt, że
dała się wciągnąć w sprawę ze Snape’em. Wierzyła w jego niewinność i brak złych
zamiarów, była mu wdzięczna za ocalenie przed wilkołakiem, ale czy rzeczywiście
zależało jej na nim aż tak, by silić się i trudzić na udowodnienie swojej racji
Harry’emu? Przygryzła wargę.
Powoli zsunęła się z łóżka, naciągnęła na siebie jeansy i zielony T-shirt. Włosy
spięła w luźnego koka i skierowała się do wyjścia. Zastanawiała się, czy w
Wielkiej Sali trwa śniadanie. Harry powiedział jej, że po wyjeździe uczniów ze
szkoły, dyrektor udostępnił zamek Zakonowi Feniksa, zapewniając im
bezpieczeństwo i odpowiednie warunki, ale nie była pewna, czy dotyczyło to
także wspólnych posiłków. Schodziła powoli, rozglądając się po opustoszałej
szkole. Przywykła już do biegających z góry na dół przerażonych uczniów,
zapominających swoich zadań, książek, a czasami pierwszorocznych, wciąż
gubiących się na złośliwych, zmieniających miejsce schodach. Hogwart bez
uczniów przestawał być przyjemnym miejscem. Zaczynała dostrzegać potęgę zamku i
podziwiała każdy jego zakamarek.
Gdy doszła do Wielkiej Sali była pewna, że wewnątrz trwa śniadanie. Pchnęła
ciężkie drzwi i znalazła się w środku. Naprzeciwko niej stał długi, suto
zastawiony stół, a wokół niego zasiadało pełno znanych jej i nieznanych twarzy.
Speszyła się lekko, gdy kilkanaście osób zawiesiło na niej wzrok.
-HERMIONA! – usłyszała głos Ginny i dostrzegła jej machającą rękę. Skupiła
spojrzenie na niej i podążała przed siebie, nie rozglądając się na boki.
-Cześć Wam – przywitała się z przyjaciółką, jej rodzeństwem w pełnym składzie,
a także Harry’m i Neville’em. Na widok twarzy ostatniego wzdrygnęła się
wewnętrznie. Nie miała pojęcia jakim zaklęciem dostał, ale współczuła mu całym
sercem. Zajęła miejsce obok między
przyjaciółką, a Fredem, naprzeciw Harry’ego, z którym wymieniła porozumiewawcze
spojrzenie. Nikt nie wiedział o ich planie i nie miał prawa się dowiedzieć. Gdyby
Snape się dowiedział, że próbują go przechytrzyć… Przeszedł ją dreszcz. Sięgnęła
ręką po rogalika i połówkę pomarańczy, a także nalała sobie gorącej kawy do
filiżanki.
-Harry, kurczę, sam nie wiem czy moi starzy się nadają do tej roboty…
-powiedział cicho Ron. Dziewczyna zorientowała się, że dołączyła do nich w
trakcie trwającej dyskusji.
-Ron, mama i tata działali w Zakonie kiedy Ciebie nie było jeszcze na świecie.
Poradzą sobie lepiej z tym zadaniem niż ktokolwiek inny! George na pewno
zgodziłby się ze mną, gdyby nie jego problemy ze słuchem – Fred niedbałym ruchem
ręki wskazał na miejsce, w którym brakowało ucha jego bliźniaka. Wszyscy przy
stole cicho zachichotali.
-Jesteście okropni – prychnęła Hermiona. – O jakie zadanie chodzi? Może
mogłabym pomóc?
-Nic wielkiego, kilka spraw w ministerstwie… - zaczęła Ginny.
-…objąć stanowisko Ministra Magii… - wtrącił się George.
-…podrzucić kilka kieszonkowych bagien… - dorzucił Fred.
-…i wymiotów pomarańczowych do gabinetu Umbridge! – dokończyli wspólnie,
przybijając sobie piątkę.
-No tak… -mruknęła z uśmiechem Hermiona. Wykorzystała chwilę i rozejrzała się
po osobach siedzących przy stole. Zauważyła profesor McGonagall pochylającą się
w stronę Molly Weasley, Dumbledore’a dyskutującego z profesor Sprout,
Kingsleyem Shackleboltem oraz kilkoma czarodziejami, których Hermiona nie
znała. Po drugiej stronie stołu zauważyła Billa Weasley'a przytulającego Fleur.
Było tu mnóstwo osób, jednak nigdzie nie zauważyła Severusa Snape’a.
-Za kim się tak rozglądasz, Miona? – mruknęła po ciuchu Ginny.
-Och… Gdzie jest Wasz tata? – rzuciła.
-Poszedł odwiedzić Remusa do Munga.
-Nie tylko odwiedzić. W szpitalu są ustawione warty, żeby nikt nie interesował
się członkami Zakonu. Dostarczamy im własne leki i jedzenie. Lepiej nie
ryzykować – dodał Percy.
-Słyszałem jak McGonagall rozmawiała z tatą na temat eliksiru tojadowego dla
Remusa. Podobno Snape’owi kompletnie odwaliło i musieli go namawiać, żeby go
przygotował. Dupek – powiedział Ron, po czym wsadził sobie do ust kawałek
sadzonego jajka.
Hermiona nerwowo zerknęła na Harry’ego, który spojrzał na nią znad filiżanki.
Nie potrzebowała teraz kolejnych złych opinii na temat Mistrza Eliksirów.
-Więc siedzi cały czas w lochach? – zapytała, siląc się na obojętny ton.
-Snape? Pewnie opala się na błoniach… - parsknął śmiechem Fred.
-Rany, czy można od Was uzyskać jakieś rzetelne informacje? Ze wszystkich i
wszystkiego musicie robić sobie żarty? – odwarknęła poirytowana. Dopiła resztkę
kawy i wstała. – Muszę lecieć, mam kilka spraw do załatwienia. Złapię Was
później.
Odwróciła się i szybkim krokiem skierowała się w stronę wyjścia.
Wyszła na główny dziedziniec, starając się uspokoić. Denerwowała ją postawa
chłopców. Snape był nieznośnym, złośliwym człowiekiem, ale nie miało to teraz
znaczenia. Uratował ją. Gdyby nie on, dziś nie byłoby jej tutaj. Żaden człowiek
nie posiadał nic cenniejszego niż dar życia. Możliwość wykorzystania go,
spędzenia jak najlepiej, postawienia czegoś po sobie. Była młoda i
niezaprzeczalnie bardzo uzdolniona. Jeśli miała zginąć, to chciałaby, żeby jej
śmierć coś znaczyła, a nie była tylko przypadkowym nieszczęściem.
Zastanawiała się, jak to możliwe, że dostała drugą szansę. Wątpliwości
Harry’ego powoli przelewały się na nią, docierając do jej serca. Jeśli chłopak
miał rację, to marny jej los. Musiała jednak być pewna. Gdyby Snape okazał się
zdrajcą, to musiałaby podzielić się tym z Dumbledore’m. Mistrz Eliksirów byłby
skończony wśród społeczeństwa czarodziejów.
Martwiła się jednak, bo skoro nie miał ochoty pokazać się na śniadaniu, ani
rozmawiać z Minerwą McGonagall, to jakie szanse miała ona? Jeśli podziękuje mu
za uratowanie życia, to ich rozmowa zamknie się w dwóch zdaniach, po czym
wyrzuci ją z gabinetu. Westchnęła zrezygnowana i ruszyła korytarzem do lochów. Musiała
coś wymyślić, powód, by zbliżyć się do niego… Zawiesiła wzrok na kamiennej
posadzce. Nie było sensu iść dalej bez dobrego planu.
-Co tu robisz? – usłyszała. Podskoczyła, gwałtownie obracając głowę w kierunku
ściany. Hermiona zauważyła wiszący portret szczupłej dziewczynki. Miała
rozpuszczone, ciemne włosy, jasne oczy i zadarty nos. Patrzyła z wyższością na
Hermionę.
-Co Ci się stało w policzek? Przewróciłaś się? Na pewno nie. Wyglądasz, jakbyś
walczyła z niedźwiedziem. I masz bardzo niechlujny strój… – dorzuciła
przemądrzałym tonem, bawiąc się białą sukienką, którą miała na sobie.
-Przewróciła…? No tak! Blizna! – ucieszyła się niespodziewanie Gryfonka.
–Dzięki! – rzuciła i nie zwracając uwagi na komentarze dziewczynki, ruszyła
pewnym krokiem przed siebie.
Zbiegła po spiralnych schodach i dopiero ułamek sekundy po tym jak zapukała do
ciężkich, drewnianych drzwi zdała sobie sprawę, że jej pomysł może być
niewystarczający, a druga szansa pewnie szybko się nie trafi. Nie miała już
jednak wyjścia. Drzwi otworzyły się, a w progu stanął Severus Snape. Nie miał
na sobie standardowego stroju, a ciemne spodnie i czarną, elegancką koszulę.
Minę miał jednak bardzo standardową – ust wykrzywione w nieprzyjemnym grymasie,
oczy ciskające pioruny, a zakrzywiony nos zdawał się istnieć tylko po to, by
podkreślać jego brzydotę.
-Czego chcesz, Granger? – warknął, wwiercając się w nią wzrokiem.
-Panie profesorze, chciałam z panem porozmawiać – powiedziała.
-Właśnie to robimy.
-Ale… czy moglibyśmy wejść do środka? – zerknęła nerwowo w głąb pomieszczenia.
-Nie. Nie mam ochoty na rozmowę z Tobą, a co dopiero na widok Ciebie w moim gabinecie – syknął.
Westchnęła ciężko. Wiedziała, że nie będzie łatwo, ale nie mógł już jej
terroryzować. Nie była dzieckiem ani uczennicą Hogwartu, a on nie był jej
nauczycielem. Była dorosła i musiała być odważną, pewną siebie czarownicą.
-Czy przekomarzanie się jest pana wieczną odpowiedzią na wszystko? Chcę z panem
porozmawiać i być pewną, że gdzieś za rogiem korytarza nie stoi osoba chętna na
przysłuchanie się tej rozmowie – rzuciła ostro. Czy postawienie mu się wzbudzi
jego szacunek? Wewnętrznie przygotowała się na cios.
-Wejdź – usłyszała po chwili. Z niedowierzaniem spojrzała na mężczyznę.
-Nie będę tracić czasu, Granger, właź – rzucił, przewracając oczami. Szybko
wślizgnęła się do pomieszczenia, przez pozostawioną jej wąską szczelinę między
drzwiami, a futryną.
Gabinet Severusa Snape’a był małym, okrągłym pomieszczeniem. Piętrzące się,
zakurzone regały ustawione jeden obok drugiego, były idealnymi meblami na
przechowywanie słoików z obrzydliwą zawartością. Na środku pomieszczenia stał
okrągły, stylizowany stół, a wokół niego trzy obite ciemną skórą fotele.
Severus wolnym krokiem podszedł do jednego z nich i ręką wskazał miejsce
dziewczynie, po czym sam zajął fotel po przeciwnej stronie. Kątem oka zauważyła
ukryte między regałami drzwi. Pewnie
prowadzą do jego komnat… - pomyślała.
-Słucham – powiedział cicho.
-No więc… - oblizała spierzchnięte wargi. Poczuła, jak jej serce zaczyna
mocniej bić. – Chciałam panu podziękować. Za uratowanie mi życia… Zanim zjawił
się pan na piętrze, byłam przekonana, że będę musiała zapłacić za swoją
bezmyślność, ale… dostałam jednak drugą szansę. Dzięki panu. – opuściła wzrok
na swoje ręce, gdy zauważyła złośliwy uśmiech na twarzy profesora. – Dlaczego
się pan śmieje?
-Sytuacja byłaby całkiem poważna gdyby nie fakt, że najgłupszy błąd popełniła
jedna z najinteligentniejszych uczennic. Przynajmniej według innych profesorów
– dorzucił cynicznie i z satysfakcją przyglądał się czerwieniącej się dziewczynie.
-Tak, wiem. Ale nie jestem na tyle dumna, żeby nie przyznać się do tego błędu.
Każdy jakieś popełnia, mniejsze lub większe, prawda profesorze…? – odgryzła
się. Mężczyzna zwęził wzrok.
-Czego chcesz, Granger? – jego twarz znów przypominała wyrzeźbioną w skale.
-Potrzebuję pana pomocy. Po… walce z Greybackiem została mi blizna. Chciałabym
się jej pozbyć, ale obawiam się, że to nie jest zwykłe rozcięcie. Mam rację?
-Od kiedy przejmujesz się wyglądem? – rzucił z irytacją. Kontynuował, nie
zważając na jej oburzony wyraz twarzy. – Zajmowanie się bliznami jest chyba
teraz dość nie na miejscu, nie uważasz? Zwykłe odwracanie uwagi od istotnych
spraw. Dyrektor organizuje pogrzeb dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co
Ty. Pomyśl, dzielna Gryfonko – tu
znów rzucił jej złośliwy uśmiech i nachylił się w jej kierunku – co znaczą
Twoje blizny wobec ofiar z ludzi? Może dobrze byłoby je pokazać światu? Społeczeństwo
byłoby zachwycone widząc, jak dzielna przyjaciółka Złotego Chłopca naraża swoją
gładką buźkę dla dobra innych – wysyczał, niemal wypluwając ostatnie słowa.
Hermiona nie wiedziała w którym momencie w jej oczach pojawiły się łzy, a w
którym popłynęły po policzkach.
-Na dole panowało piekło, a ten obrzydliwy potwór rzucał niewybaczalnymi w
każdą ruszającą się osobę… - zaczęła łkając. - Chciałam go odciągnąć! CHCIAŁAM
POMÓC! Czuję się odpowiedzialna za śmierć Luny i Tonks. Ta myśl będzie
towarzyszyć mi już zawsze, nie będzie mi łatwiej. Co chce pan jeszcze usłyszeć? Że przykro mi,
bo żyję?!– krzyknęła, łapiąc z trudem powietrze. Schowała twarz w dłoniach.
Severus zmierzył ją chłodnym spojrzeniem. Siedzieli chwilę w ciszy, przerywanej
szlochem dziewczyny.
-Może uda mi się coś zrobić z Twoją blizną – mruknął po dłuższej chwili. – I
masz rację. To nie jest zwykłe rozcięcie. Greyback był przesiąknięty czarną
magią, więc nie będę w stanie usunąć tych blizn jednym machnięciem różdżki.
Będę musiał przygotować eliksir, a to może potrwać – dodał z niechęcią.
Hermiona nie dowierzała w to, co słyszy. Otarła ręką mokre policzki.
-Dz-dziękuję… - wydukała wciąż roztrzęsionym głosem.
-Wróć tu jutro rano, nie mam zamiaru sterczeć nad kociołkiem gdy Ty będziesz
biegać po błoniach i zbierać kwiatki – rzucił niedbale. – A teraz wynocha.
Wystarczy mi Twojej gryfońskiej obecności – dodał, wstając z fotela i kierując
się w stronę wyjścia.
Hermiona wstała i spojrzała na niego nieśmiałym wzrokiem, kiedy przytrzymał jej
drzwi.
-Dziękuję profesorze – powiedziała cicho, na co kiwnął jej głową. Minęła go i
wyszła z gabinetu. Nie obracając się za siebie, ruszyła w kierunku schodów.
blabla
czwartek, 5 lutego 2015
sobota, 24 stycznia 2015
Rozdział drugi
Witam :-)
Oddaję dziś w Wasze ręce drugi rozdział. W przeciwieństwie do pierwszego, ten w całości odnosi się tylko do przeszłości Hermiony.
Kolejny przewiduję do dwóch tygodni.
Zapraszam do lektury :-)
Hermiona wzięła do ust ostatni kawałek czekolady, którą podrzuciła jej Ginny. Z rezygnacją odłożyła na szafkę najświeższy numer Proroka Codziennego. Nad wielkim zdjęciem Harry’ego, który wymija fotografa oraz kroczącego za nim Dumbledore’m widniał napis „TEN, KTÓREGO IMIENIA NIE WOLNO WYMAWIAĆ POWSTRZYMANY. CZY KOSZMAR POWRÓCI?”. Nie było lepszego sposobu na przekonanie ludzi, że nie powinni czuć się bezpiecznie. Gdy ciało Voldemorta zostało zniszczone ostatnim razem, ludzie wariowali ze szczęścia. Każdy był pewny, że potwór nie pojawi się więcej w ich życiu. Dziś każdy miał świadomość powagi sytuacji. Nikt nie zamierzał świętować. Nieufność do sąsiadów, znajomych czy nawet rodziny w czasie wojny była wystawiona na ciężką próbę, a teraz nikt nie chciał podpaść przyczajonym poplecznikom Voldemorta. Zemsta mogłaby nadejść w każdej chwili.
Dziewczyna westchnęła ciężko, próbując przegonić czarne myśli. Rozejrzała się po zatłoczonym pomieszczeniu, szukając znajomych twarzy. Pani Pomfrey biegała po całej sali, rzucając stanowcze polecenia i wręczając odpowiednia eliksiry. Hermiona poczuła respekt do tej kobiety. Kiedy wszyscy panikowali, a wokół panował chaos, potrafiła zachować jasność umysłu. Mimo swojej surowości była niezwykle dokładna, odpowiedzialna i skuteczna. Udało jej się postawić Hermionę na nogi, gdy ta była przygotowana na najgorsze. Miała jednak tak wiele zajęć, że dziewczyna nie mogła jej podziękować.
Wciąż jednak czuła narastającą irytację, mieszającą się z żalem. Spędziła tu już cztery dni, a jednak nikt prócz rudowłosej przyjaciółki nie zdecydował się jej odwiedzić.
-Panno Granger – głos wyrwał ją z zamyślenia. Przy jej łóżku znikąd zjawił się sam dyrektor. Spoglądając na nią znad okularów-połówek, wyciągnął rękę w jej stronę. Zauważyła, że trzyma w niej paczkę cytrynowych landrynek.
-Dziękuję, ale chwile temu jadłam czekoladę.
-Rzeczywiście, to nienajlepsze połączenie smaków – uśmiechnął się blado, chowając opakowanie do kieszeni i przysiadł na skraju jej łóżka.
-Jak się pani czuje? – zapytał poważniejszym tonem.
-Fizycznie coraz lepiej. Myślę, że jestem gotowa opuścić szpital, ale ciężko mi złapać panią Pomfrey… - zerknęła na pielęgniarkę, która właśnie okrzyczała jakiegoś czwartoklasistę za wylanie eliksiru na pościel.
-Tak, Poppy ma tu naprawdę dużo pracy. Nie wiem jakbyśmy sobie poradzili bez tej zdolnej czarownicy – po tym zdaniu całkiem spoważniał i spojrzał Hermionie prosto w oczy. – My także mamy swoje obowiązki, panno Granger. Jestem gotów zwolnić cię dziś ze szpitala, jednak… zanim to zrobię, muszę z tobą porozmawiać.
Dziewczynę przeszedł dreszcz zaniepokojenia.
-Hermiono, musisz mi obiecać, że już nigdy nie postąpisz tak bezmyślnie i nieostrożnie jak postąpiłaś. Nie spodziewałem się takiego zachowania po dojrzałeś i inteligentnej czarownicy za jaką cię mam. Naraziłaś na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale także profesora Snape’a, który śpieszył ci z pomocą. Greyback wyróżniał się spośród popleczników Voldemorta niebywałą gwałtownością, nieprzewidzialnością i okrucieństwem. Miałaś ogromne szczęście, wychodząc z tego… żywą – zamilkł, zawieszając wzrok na czterech głębokich szramach na zaróżowionym policzku dziewczyny. Miała opuszczoną głowę i wpatrywała się w swoje dłonie.
-Ja… - nerwowo przygryzała wargę, a oczy piekły coraz mocniej. Po chwili po jej policzkach popłynęły łzy. – Przepraszam. To było nieprzemyślane. Podjęłam złą decyzję i… Nie dałam rady. Tak bardzo mi przykro – ukryła twarz w dłoniach, kiedy jej ciało wstrząsnął szloch. Uspokoiła się po chwili, opanowując nierówny oddech. Dumbledore położył rękę na jej ramieniu.
-Musisz być silna, by panować nad sobą. Przed nami ciężkie chwile. Potrzebujemy twoich umiejętności, panno Granger. Gdy będzie pani gotowa, proszę zabrać swoje rzeczy i udać się do Wielkiej Sali. Znajdzie tam pani swoich przyjaciół – dodał ze smutnym uśmiechem, kiwnął głową i opuścił skrzydło szpitalne.
Niecałą godzinę później schodziła po ruchomych schodach, chcąc dostać się do Wielkiej Sali. Zastanawiała się, co tak ważnego mogło powstrzymać jej przyjaciół przed odwiedzeniem jej choć na moment w szpitalu. Miała nadzieję, że znajdą dobry powód, bo ich ignorancja bardzo ją zabolała.
Hałas i głosy dochodzące z pomieszczenia dopadły ją jeszcze zanim podeszła pod drzwi. Chwilę później pchnęła je, a pierwszą rzeczą, którą zauważyła, były wściekłe, czarne oczy jej byłego nauczyciela eliksirów.
-Zejdź mi z drogi! – głośne warknięcie sprawiło, że momentalnie odskoczyła w bok. Zdążyła zobaczyć jego falujące, czarne szaty, po czym rozległo się nieprzyjemne trzaśnięcie głównej bramy. Dopiero po kilku sekundach uderzyła ją myśl, że powinna pójść za nim i podziękować za uratowanie życia.
-Hermiona! – usłyszała za sobą głos przyjaciółki. – Wyszłaś ze szpitala? Jak się czujesz? – Ginny mocno ją uścisnęła.
-Okropnie. Co się tu dzieje? – zapytała, dostrzegając tłok w sali.
-Chodź za mną… - mruknęła pod nosem, chwytając ją za rękę i prowadząc w głąb pomieszczenia. Hermiona rozglądała się, korzystając z chwili.
Większość osób gromadziła się wokół map i zapisków rozłożonych na stołach, kilka stało przy kominkach, nadzorując użytkowanie sieci Fiuu, a jeszcze inni zajmowali miejsce przy ostatnim stole, na którym siedziało pełno sów. Dziewczyna domyślała się, że odbierają i odpowiadają na otrzymane listy. Zwróciła także uwagę na sklepienie Wielkiej Sali, które w tej chwili nie odzwierciedlało żadnej pogody. Było to teraz zwykłe, szare sklepienie niczym nie odróżniające się od reszty niezaczarowanych części zamku. Poczuła dziwny ucisk w żołądku na ten widok.
-Harry’emu trochę odbiło, ale zaraz wszystkiego się dowiesz – szepnęła jej do ucha, kiedy były już obok największej grupy ludzi. Było tu najgłośniej. Zauważyła siedzącego obok kominka Neville’a. Nawet nie drgnął, kiedy dotknęła jego ręki.
-Neville…? – nachyliła się w jego kierunku. Odwrócił delikatnie głowę, a ona wzdrygnęła się, zszokowana. Połowa jego twarzy była purpurowa i pomarszczona, a oko przekrwione. Było także widać świeże łzy na jego zdrowym policzku.
-Cześć Hermiono… - wypowiedział niemal szeptem. W tym samym momencie poczuła pociągnięcie do tyłu.
-Hermiona! – usłyszała radosny okrzyk Rona. – Już myśleliśmy, że, no wiesz, nie wrócisz do nas. W zasadzie wyglądasz nieźle! – odparł z uśmiechem. Oprócz rozczochranych włosów, jego wygląd się nie zmienił.
-Ty nie najlepiej, ale jednak bez zmian – odparła Ginny i zaśmiała się cicho na widok miny brata.
-Dobrze Cię widzieć – powiedziała szczerze i przytuliła przyjaciela. Dopiero po chwili zauważyła stojącego obok Potter’a. Podeszła do niego.
-Harry… - zaczęła, ale chłopak uściskał ją.
-Musimy pogadać – mruknął cicho do jej ucha, po czym oderwał się od niej i wskazał jej drzwi wyjściowe.
Hermiona odetchnęła gdy byli na błoniach zamku. W przeciwieństwie do szpitala i Wielkiej Sali, tu było przyjemnie chłodno, cicho i spokojnie. Spojrzała z daleka na chatkę Hagrida i zauważyła wydobywający się z kominka dym.
-Kiedy ostatnio rozmawiałaś ze Snape’em? – zapytał nagle, odganiając jej dobre myśli. Przypomniała sobie głębokie, pełne niechęci spojrzenie wrogich oczu.
-Co? – zapytała zaskoczona. – Nie rozmawiałam z nim. Nie rozmawiałam z nikim, prócz Ginny, pani Pomfrey i Dumbledore’a! Przeleżałam kilka dni w szpitalu rozmyślając nad tym, gdzie się podzialiście! – rzuciła ostro.
-Mieliśmy naprawdę sporo na głowie, ale codziennie o Tobie myśleliśmy…
-…myśleliście – prychnęła, wchodząc mu w słowo i uśmiechając się ironicznie.
Chłopak zatrzymał się nagle.
-Hermiono… - zaczął, chwytając jej dłonie – Gdyby Greyback Cię zabił, to moje życie rozsypałoby się na kawałki. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale… - przygryzł wargę i spojrzał jej w oczy. Coś go trapiło.
-Harry, co się dzieje? – zapytała z troską, zapominając o chwilowej złości.
-Co on tam robił? Czemu Snape był na piętrze? Miał być w sali wejściowej z Luną, Tonks i innymi… One… - przygryzł wargę, zawieszając wzrok gdzieś ponad dziewczyną – One nie żyją. Zostały zamordowane, ponieważ Snape zniknął z pola walki. Nie wierzę, że nie zrobił tego specjalnie. Pozwolił je zabić.
Hermiona poczuła, jak uginają się pod nią nogi, a z jej twarzy odpływa krew. Luna i Tonks nie żyją… Pomyślała o ostatnich chwilach, które z nimi spędziła. Tonks karmiła swojego syna, a Remus robił im zdjęcia. Była taka szczęśliwa… A Luna? Z Nevillem byli świetnie dobraną parą.
-Neville… - jęknęła, przypominając sobie widok tępo wpatrującego się w kominek chłopaka. – Co z Remusem?
-Jest nieprzytomny w Mungu. Nie mam pojęcia jak mu o tym powiem… Kochał ją. I jest matką jego dziecka… Zawsze gdy będzie na nie patrzeć, będzie myśleć o Tonks… - zamilkł.
-Harry… To moja wina. Gdybym nie odciągnęła Greybacka tak daleko…
-Nie. To wina Snape’a. Zostawił je na pewną śmierć… - przytulił dziewczynę i usiedli na kamiennym schodku. Wpatrywali się w ciszy w kołyszące się w oddali drzewa.
-Mijałam się ze Snape’em wchodząc do Wielkiej Sali. Był wściekły. Czy Ty… – zapytała po kilku minutach.
-Nie, nie powiedziałem mu o moich podejrzeniach. Przypuszczam, że Dumbledore zachęcił go do pomocy. Staramy się wyłapać wszystkich Śmierciożerców, którzy uciekli z zamku. Zbieramy informacje, wysyłamy w teren aurorów.
-Snape mógłby się przydać. Znał ich i…
-Daj spokój. Skoro był na tyle głupi, by dołączyć do Voldemorta, to nie wierzę, że nie zrobi tego ponownie. Nie mam pojęcia po której jest teraz stronie…
-Harry! To nauczyciel. I Dumbledore mu ufa!
-Dumbledore to tylko człowiek! – rzucił ostro.
-Więc… Masz jakiś plan? Nie wierzę, że Snape chciałby oszukać dyrektora, ale jeśli mamy działać wspólnie, to musimy sobie ufać.
-Nie jestem pewny, czy mam ochotę śledzić każdy jego krok i marnować czas.
-To ja to zrobię – odparła Hermiona. – Może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej. Bezpodstawne oskarżenie go nie służy niczemu dobremu, Harry. Uratował mi życie, więc chyba nie może być zły, prawda?
-To mógł być przypadek, Miona. Weszłaś mu w drogę, nie miał czasu dokończyć roboty, kto go wie? Jeśli chcesz się tego podjąć, to musisz mi obiecać, że będziesz ostrożna i wycofasz się w odpowiednim momencie.
Dziewczyna cicho zachichotała i przytuliła przyjaciela.
-Od kiedy to Ty jesteś tym odpowiedzialnym i rozsądnym, hmm? – mruknęła cicho.
Oddaję dziś w Wasze ręce drugi rozdział. W przeciwieństwie do pierwszego, ten w całości odnosi się tylko do przeszłości Hermiony.
Kolejny przewiduję do dwóch tygodni.
Zapraszam do lektury :-)
Hermiona wzięła do ust ostatni kawałek czekolady, którą podrzuciła jej Ginny. Z rezygnacją odłożyła na szafkę najświeższy numer Proroka Codziennego. Nad wielkim zdjęciem Harry’ego, który wymija fotografa oraz kroczącego za nim Dumbledore’m widniał napis „TEN, KTÓREGO IMIENIA NIE WOLNO WYMAWIAĆ POWSTRZYMANY. CZY KOSZMAR POWRÓCI?”. Nie było lepszego sposobu na przekonanie ludzi, że nie powinni czuć się bezpiecznie. Gdy ciało Voldemorta zostało zniszczone ostatnim razem, ludzie wariowali ze szczęścia. Każdy był pewny, że potwór nie pojawi się więcej w ich życiu. Dziś każdy miał świadomość powagi sytuacji. Nikt nie zamierzał świętować. Nieufność do sąsiadów, znajomych czy nawet rodziny w czasie wojny była wystawiona na ciężką próbę, a teraz nikt nie chciał podpaść przyczajonym poplecznikom Voldemorta. Zemsta mogłaby nadejść w każdej chwili.
Dziewczyna westchnęła ciężko, próbując przegonić czarne myśli. Rozejrzała się po zatłoczonym pomieszczeniu, szukając znajomych twarzy. Pani Pomfrey biegała po całej sali, rzucając stanowcze polecenia i wręczając odpowiednia eliksiry. Hermiona poczuła respekt do tej kobiety. Kiedy wszyscy panikowali, a wokół panował chaos, potrafiła zachować jasność umysłu. Mimo swojej surowości była niezwykle dokładna, odpowiedzialna i skuteczna. Udało jej się postawić Hermionę na nogi, gdy ta była przygotowana na najgorsze. Miała jednak tak wiele zajęć, że dziewczyna nie mogła jej podziękować.
Wciąż jednak czuła narastającą irytację, mieszającą się z żalem. Spędziła tu już cztery dni, a jednak nikt prócz rudowłosej przyjaciółki nie zdecydował się jej odwiedzić.
-Panno Granger – głos wyrwał ją z zamyślenia. Przy jej łóżku znikąd zjawił się sam dyrektor. Spoglądając na nią znad okularów-połówek, wyciągnął rękę w jej stronę. Zauważyła, że trzyma w niej paczkę cytrynowych landrynek.
-Dziękuję, ale chwile temu jadłam czekoladę.
-Rzeczywiście, to nienajlepsze połączenie smaków – uśmiechnął się blado, chowając opakowanie do kieszeni i przysiadł na skraju jej łóżka.
-Jak się pani czuje? – zapytał poważniejszym tonem.
-Fizycznie coraz lepiej. Myślę, że jestem gotowa opuścić szpital, ale ciężko mi złapać panią Pomfrey… - zerknęła na pielęgniarkę, która właśnie okrzyczała jakiegoś czwartoklasistę za wylanie eliksiru na pościel.
-Tak, Poppy ma tu naprawdę dużo pracy. Nie wiem jakbyśmy sobie poradzili bez tej zdolnej czarownicy – po tym zdaniu całkiem spoważniał i spojrzał Hermionie prosto w oczy. – My także mamy swoje obowiązki, panno Granger. Jestem gotów zwolnić cię dziś ze szpitala, jednak… zanim to zrobię, muszę z tobą porozmawiać.
Dziewczynę przeszedł dreszcz zaniepokojenia.
-Hermiono, musisz mi obiecać, że już nigdy nie postąpisz tak bezmyślnie i nieostrożnie jak postąpiłaś. Nie spodziewałem się takiego zachowania po dojrzałeś i inteligentnej czarownicy za jaką cię mam. Naraziłaś na niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale także profesora Snape’a, który śpieszył ci z pomocą. Greyback wyróżniał się spośród popleczników Voldemorta niebywałą gwałtownością, nieprzewidzialnością i okrucieństwem. Miałaś ogromne szczęście, wychodząc z tego… żywą – zamilkł, zawieszając wzrok na czterech głębokich szramach na zaróżowionym policzku dziewczyny. Miała opuszczoną głowę i wpatrywała się w swoje dłonie.
-Ja… - nerwowo przygryzała wargę, a oczy piekły coraz mocniej. Po chwili po jej policzkach popłynęły łzy. – Przepraszam. To było nieprzemyślane. Podjęłam złą decyzję i… Nie dałam rady. Tak bardzo mi przykro – ukryła twarz w dłoniach, kiedy jej ciało wstrząsnął szloch. Uspokoiła się po chwili, opanowując nierówny oddech. Dumbledore położył rękę na jej ramieniu.
-Musisz być silna, by panować nad sobą. Przed nami ciężkie chwile. Potrzebujemy twoich umiejętności, panno Granger. Gdy będzie pani gotowa, proszę zabrać swoje rzeczy i udać się do Wielkiej Sali. Znajdzie tam pani swoich przyjaciół – dodał ze smutnym uśmiechem, kiwnął głową i opuścił skrzydło szpitalne.
Niecałą godzinę później schodziła po ruchomych schodach, chcąc dostać się do Wielkiej Sali. Zastanawiała się, co tak ważnego mogło powstrzymać jej przyjaciół przed odwiedzeniem jej choć na moment w szpitalu. Miała nadzieję, że znajdą dobry powód, bo ich ignorancja bardzo ją zabolała.
Hałas i głosy dochodzące z pomieszczenia dopadły ją jeszcze zanim podeszła pod drzwi. Chwilę później pchnęła je, a pierwszą rzeczą, którą zauważyła, były wściekłe, czarne oczy jej byłego nauczyciela eliksirów.
-Zejdź mi z drogi! – głośne warknięcie sprawiło, że momentalnie odskoczyła w bok. Zdążyła zobaczyć jego falujące, czarne szaty, po czym rozległo się nieprzyjemne trzaśnięcie głównej bramy. Dopiero po kilku sekundach uderzyła ją myśl, że powinna pójść za nim i podziękować za uratowanie życia.
-Hermiona! – usłyszała za sobą głos przyjaciółki. – Wyszłaś ze szpitala? Jak się czujesz? – Ginny mocno ją uścisnęła.
-Okropnie. Co się tu dzieje? – zapytała, dostrzegając tłok w sali.
-Chodź za mną… - mruknęła pod nosem, chwytając ją za rękę i prowadząc w głąb pomieszczenia. Hermiona rozglądała się, korzystając z chwili.
Większość osób gromadziła się wokół map i zapisków rozłożonych na stołach, kilka stało przy kominkach, nadzorując użytkowanie sieci Fiuu, a jeszcze inni zajmowali miejsce przy ostatnim stole, na którym siedziało pełno sów. Dziewczyna domyślała się, że odbierają i odpowiadają na otrzymane listy. Zwróciła także uwagę na sklepienie Wielkiej Sali, które w tej chwili nie odzwierciedlało żadnej pogody. Było to teraz zwykłe, szare sklepienie niczym nie odróżniające się od reszty niezaczarowanych części zamku. Poczuła dziwny ucisk w żołądku na ten widok.
-Harry’emu trochę odbiło, ale zaraz wszystkiego się dowiesz – szepnęła jej do ucha, kiedy były już obok największej grupy ludzi. Było tu najgłośniej. Zauważyła siedzącego obok kominka Neville’a. Nawet nie drgnął, kiedy dotknęła jego ręki.
-Neville…? – nachyliła się w jego kierunku. Odwrócił delikatnie głowę, a ona wzdrygnęła się, zszokowana. Połowa jego twarzy była purpurowa i pomarszczona, a oko przekrwione. Było także widać świeże łzy na jego zdrowym policzku.
-Cześć Hermiono… - wypowiedział niemal szeptem. W tym samym momencie poczuła pociągnięcie do tyłu.
-Hermiona! – usłyszała radosny okrzyk Rona. – Już myśleliśmy, że, no wiesz, nie wrócisz do nas. W zasadzie wyglądasz nieźle! – odparł z uśmiechem. Oprócz rozczochranych włosów, jego wygląd się nie zmienił.
-Ty nie najlepiej, ale jednak bez zmian – odparła Ginny i zaśmiała się cicho na widok miny brata.
-Dobrze Cię widzieć – powiedziała szczerze i przytuliła przyjaciela. Dopiero po chwili zauważyła stojącego obok Potter’a. Podeszła do niego.
-Harry… - zaczęła, ale chłopak uściskał ją.
-Musimy pogadać – mruknął cicho do jej ucha, po czym oderwał się od niej i wskazał jej drzwi wyjściowe.
Hermiona odetchnęła gdy byli na błoniach zamku. W przeciwieństwie do szpitala i Wielkiej Sali, tu było przyjemnie chłodno, cicho i spokojnie. Spojrzała z daleka na chatkę Hagrida i zauważyła wydobywający się z kominka dym.
-Kiedy ostatnio rozmawiałaś ze Snape’em? – zapytał nagle, odganiając jej dobre myśli. Przypomniała sobie głębokie, pełne niechęci spojrzenie wrogich oczu.
-Co? – zapytała zaskoczona. – Nie rozmawiałam z nim. Nie rozmawiałam z nikim, prócz Ginny, pani Pomfrey i Dumbledore’a! Przeleżałam kilka dni w szpitalu rozmyślając nad tym, gdzie się podzialiście! – rzuciła ostro.
-Mieliśmy naprawdę sporo na głowie, ale codziennie o Tobie myśleliśmy…
-…myśleliście – prychnęła, wchodząc mu w słowo i uśmiechając się ironicznie.
Chłopak zatrzymał się nagle.
-Hermiono… - zaczął, chwytając jej dłonie – Gdyby Greyback Cię zabił, to moje życie rozsypałoby się na kawałki. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale… - przygryzł wargę i spojrzał jej w oczy. Coś go trapiło.
-Harry, co się dzieje? – zapytała z troską, zapominając o chwilowej złości.
-Co on tam robił? Czemu Snape był na piętrze? Miał być w sali wejściowej z Luną, Tonks i innymi… One… - przygryzł wargę, zawieszając wzrok gdzieś ponad dziewczyną – One nie żyją. Zostały zamordowane, ponieważ Snape zniknął z pola walki. Nie wierzę, że nie zrobił tego specjalnie. Pozwolił je zabić.
Hermiona poczuła, jak uginają się pod nią nogi, a z jej twarzy odpływa krew. Luna i Tonks nie żyją… Pomyślała o ostatnich chwilach, które z nimi spędziła. Tonks karmiła swojego syna, a Remus robił im zdjęcia. Była taka szczęśliwa… A Luna? Z Nevillem byli świetnie dobraną parą.
-Neville… - jęknęła, przypominając sobie widok tępo wpatrującego się w kominek chłopaka. – Co z Remusem?
-Jest nieprzytomny w Mungu. Nie mam pojęcia jak mu o tym powiem… Kochał ją. I jest matką jego dziecka… Zawsze gdy będzie na nie patrzeć, będzie myśleć o Tonks… - zamilkł.
-Harry… To moja wina. Gdybym nie odciągnęła Greybacka tak daleko…
-Nie. To wina Snape’a. Zostawił je na pewną śmierć… - przytulił dziewczynę i usiedli na kamiennym schodku. Wpatrywali się w ciszy w kołyszące się w oddali drzewa.
-Mijałam się ze Snape’em wchodząc do Wielkiej Sali. Był wściekły. Czy Ty… – zapytała po kilku minutach.
-Nie, nie powiedziałem mu o moich podejrzeniach. Przypuszczam, że Dumbledore zachęcił go do pomocy. Staramy się wyłapać wszystkich Śmierciożerców, którzy uciekli z zamku. Zbieramy informacje, wysyłamy w teren aurorów.
-Snape mógłby się przydać. Znał ich i…
-Daj spokój. Skoro był na tyle głupi, by dołączyć do Voldemorta, to nie wierzę, że nie zrobi tego ponownie. Nie mam pojęcia po której jest teraz stronie…
-Harry! To nauczyciel. I Dumbledore mu ufa!
-Dumbledore to tylko człowiek! – rzucił ostro.
-Więc… Masz jakiś plan? Nie wierzę, że Snape chciałby oszukać dyrektora, ale jeśli mamy działać wspólnie, to musimy sobie ufać.
-Nie jestem pewny, czy mam ochotę śledzić każdy jego krok i marnować czas.
-To ja to zrobię – odparła Hermiona. – Może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej. Bezpodstawne oskarżenie go nie służy niczemu dobremu, Harry. Uratował mi życie, więc chyba nie może być zły, prawda?
-To mógł być przypadek, Miona. Weszłaś mu w drogę, nie miał czasu dokończyć roboty, kto go wie? Jeśli chcesz się tego podjąć, to musisz mi obiecać, że będziesz ostrożna i wycofasz się w odpowiednim momencie.
Dziewczyna cicho zachichotała i przytuliła przyjaciela.
-Od kiedy to Ty jesteś tym odpowiedzialnym i rozsądnym, hmm? – mruknęła cicho.
czwartek, 1 stycznia 2015
Rozdział pierwszy
Jak obiecałam, tak robię. Pierwszy rozdział dodaję w pierwszy dzień kalendarzowego roku, tak więc pozwolę sobie życzyć Wam wszystkiego dobrego :-)
Zapraszam do lektury i gorąco zachęcam do komentowania.
-Expelliarmus! – głos dziewczyny potoczył się echem po zdewastowanym korytarzu. Greyback leniwym ruchem różdżki odbił zaklęcie, które rykoszetem trafiło w sklepienie nad Hermioną. Gwałtownie odskoczyła w bok, uchylając się przed spadającymi kawałkami sufitu. Szybko podniosła się z ziemi i zaczęła uciekać w stronę schodów. Niepotrzebnie dała wyciągnąć się tak daleko z głównego pola walki. Nie miała szans, był zbyt silny.
-EXPELLIARMUS! – krzyknęła wymachując chaotycznie różdżką, nerwowo zerkając za i przed siebie. Zdążyła wskoczyć za kolumnę, nim odbite zaklęcie przeleciało na wysokości, w której chwilę temu miała głowę. Chciała wychylić się i spróbować jeszcze raz, ale było za późno.
-Crucio! – ryknął wilkołak, powalając Gryfonkę na ziemię. Zaczęła nienaturalnie wić i wykrzywiać się pod działaniem jego zaklęcia. Ból był nie do opisania. Mężczyzna nogą usunął różdżkę z jej bezwładnej, zesztywniałej ręki. Po chwili cofnął klątwę, pochylił się i mocnym uściskiem dłoni chwycił ją za gardło, podnosząc wysoko. Przez sekundę miała okazję przyjrzeć się jego przerażającej twarzy – nienaturalnie niebieskim oczom, żółtawym, lekko zakrwawionym i zaostrzonym zębom oraz potarganym, szarym włosom. Poczuła obrzydliwy smród brudu i potu. Jeszcze mocniej wbił pazury w jej gardło.
-Słaba, paskudna szlama – rzekł ochryple i uśmiechnął się złowieszczo. Zaczęła odpływać, gdy nagle Greyback z całej siły rzucił nią o ścianę. Jęknęła. Była świadoma, że to już koniec. Teraz ją zabije. Podszedł do niej wolnym krokiem i pazurami przejechał po jej policzku. Ciepła ciecz popłynęła po jej twarzy, a w ustach poczuła metaliczny smak.
„Błagam… Niech zakończy to szybko…” – pomyślała. Zaczęła opuszczać powieki, gdy zobaczyła przed sobą zielone światło i głośny huk. Greyback przeleciał kilkanaście metrów, po czym upadł martwy na posadzkę.
-Granger! – usłyszała znajomy głos i zdążyła poczuć silne ręce chwytające jej ciało. Zemdlała.
***
Głośny dźwięk budzika rozległ się po pokoju dopiero godzinę przed południem. Wciąż lekko roztrzęsiona i zaspana usiadła na łóżku, zamykając i otwierając na zmianę oczy, w celu wyostrzenia obrazu. Pierwszym, co zauważyła, była wysoka kolumna zbudowana z książek. Stała na biurku, obok rozładowanego laptopa i trzech brudnych kubków po herbacie. Do tego masa pogniecionych ubrań na krześle, podłodze i oparciu łóżka. Głośno ziewnęła obiecując sobie w myślach, że dzień, w którym tu posprząta jest coraz bliżej. Wstała, chwiejnym krokiem podchodząc do okna i odsłaniając ciężkie, brązowe zasłony. Słońce sprawiło, że znów musiała przymrużyć oczy. Skierowała się w stronę toaletki i usiadła na białym, niskim stołku. Spojrzała w lustro i mechanicznie jej wzrok zatrzymał się na małej bliźnie na prawym policzku. Delikatnie przejechała po niej dłonią, jak gdyby chciała całkiem ją usunąć.
-To tylko blizna. Nic nadzwyczajnego… - mruknęła jak co rano. Powtarzała to tak często, że jakiś czas temu sama zaczęła w to wierzyć.
Wzięła do ręki szczotkę i szybko rozczesała wyprostowane, uporządkowane kilka dni temu u fryzjera włosy. Uśmiechnęła się delikatnie do swojego odbicia. Jej przeszłość nie może zniszczyć jej teraźniejszości. Nawet, jeśli powraca do niej w sennych koszmarach…
Zarzuciła na siebie szlafrok i zeszła na dół. W jadalni zastała swoich rodziców. Wesoło rozmawiali, popijając kawę przy stole.
-Dzień dobry – rzuciła pogodnie, przysiadając się.
-Dobrze, że już wstałaś! – odpowiedziała radośnie pani Granger.
-Och, skoro tak twierdzisz… - mruknęła z lekkim zdziwieniem na reakcję matki. Do pustego kubka nalała sobie świeżo zaparzonej, pachnącej kawy. Zrobiła duży łyk.
-Mamy dla ciebie z tatą niespodziankę!
-No tak, twoja matka nie mogła z tym zaczekać na przyjście Peter’a. To było do przewidzenia…
-Niespodzianka? Jaka niespodzianka?
W tym momencie rozległ się dźwięk pukania do drzwi.
-Ja otworzę – odezwał się pan Granger, złożył na pół trzymaną w ręce gazetę i ruszył do drzwi. Po chwili wrócił do jadalni z sympatycznie wyglądającym brunetem.
-Hej Miona. Nie sądziłem, że już wstałaś – rzucił, z zakłopotaniem zerkając na rodziców dziewczyny. Podszedł do niej i delikatnie pocałował ją w usta.
-I wiem o niespodziance… - dodała wesoło.
-Och… Zaklepałem bilety na poniedziałek. Mam nadzieję, że nie miałaś innych planów?
Pan Granger przewrócił oczami.
-Tego nie wiedziała. Postanowiliśmy zabrać cię na wakacje, Hermiono. Wybraliśmy Turcję. Od twoich zaręczyn z Peterem minął już rok, więc… Doszliśmy z mamą do wniosku, że… Sama wiesz. Skoro mamy być rodziną, to powinniśmy spędzić trochę czasu razem, w milszym miejscu. Poza tym odrobina wypoczynku ci się przyda! Nie możesz spędzić kolejnych dwóch lat zakopana w książkach bez odpowiedniego przygotowania. Ukończenie prawa na Cambridge to oczywiście świetna sprawa i bardzo cię wszyscy wspieramy, ale… Nie chcemy, żebyś oszalała – zaśmiał się pan Granger.
-Jesteście kochani, ale…
-Nie. Hermiona, nie ma wymówek. Bilety są zaklepane – przerwał jej brunet kładąc palec na jej lekko otwartych ustach.
-Hmmm – mruknęła. – Skoro tak, to idę się szykować! Mam jakieś czterdzieści godzin na streszczenie najważniejszych tematów na uczelnię. Książki są zbyt ciężkie, a przecież bagaż ma określony limit wagowy… - zamyśliła się, po czym wstała i opuściła jadalnię, nie zwracając uwagi na chichoczących za jej plecami rodziców.
***
-…na tak dużą ilość pacjentów. Tych w lepszej formie należy natychmiast przetransportować do Św. Munga. Trzeba zapewnić im odpowiednie leczenie, Dumbledore!
-Tak, tak… Korneliuszu, jesteś odpowiedzialny za ich bezpieczny transport. Powiadomię aurorów. Lepiej będzie zorganizować posiłki. Kto wie, co jeszcze nas czeka.
-Ja? Ależ Dumbledore…!
-Dziękuję za pomoc Korneliuszu – usłyszała szybkie kroki i głośne trzaśnięcie drzwi. I jeszcze raz.
Czuła pod sobą miękki materac i okropny ból każdej części ciała. Z trudem otworzyła oczy.
-Hermiona… - usłyszała przy sobie cichy, dziewczęcy głos. Z trudem obróciła głowę i zobaczyła rudowłosą przyjaciółkę.
-Ginny… Ja… Co się tu dzieje? – wyszeptała z trudem. Jej policzek pulsował gorącem.
-Greyback prawie cię wykończył. Snape cię znalazł i przyniósł tutaj. Kazał mi przy tobie zostać i… - podniosła fiolkę z eliksirem. - W razie gdybyś… - Ginny nie patrzyła jej w oczy. Łzy płynęły po jej policzkach. – Nie wiemy co Greyback ci zrobił. Baliśmy się, że…
-…mnie ugryzł – mruknęła Hermiona. – Nie zrobił tego.
-Naprawdę?! – rudowłosa rzuciła się na nią i mocno ją uściskała. Była cała rozdygotana od płaczu. – Tak się baliśmy, Miona! Wszystko poszło źle, a miałabym stracić jeszcze najlepszą przyjaciółkę!
-Co? Co poszło źle?! Ginny, proszę, opowiedz mi wszystko!
-No więc – ruda wzięła kilka oddechów na uspokojenie i otarła mokre policzki brudnym rękawem różowego swetra. Dostała go od Hermiony w ostatnie Boże Narodzenie. – Gdy zniknęłaś zaczęłam szukać cię z Nevillem. Pobiegliśmy w stronę schodów, ale tam zaskoczył nas ten paskudny wąż… Nagini. Harry mówił nam, że trzeba go zabić, by pokonać Sama-Wiesz-Kogo. Był ogromny. Chwyciłam Nevilla za rękę i chciałam uciekać, ale… Ale on się uparł, że musimy go pokonać. Nagle pojawił się Fenix Dumbledore’a z Tiarą Przydziału, a w środku był miecz Godryka Gryfindora! Neville go wyciągnął, ale wtedy ten wąż jakby… Zniknął. Wróciliśmy na dół i okazało się, że Harry’emu udało się odbić Avadę Sama-Wiesz-Kogo, ale…
-Nagini była horcruxem… Nie zabił go – wyszeptała do siebie Hermiona.
-Właśnie… - ruda opuściła głowę. Po jej policzkach znów płynęły łzy. – Nawaliliśmy. Boję się myśleć o konsekwencjach…
***
-Mamo, daj spokój. Po co ci tyle pamiątek? – dziewczyna przewróciła oczami widząc zapełniony w połowie koszyk. Kubki, wisiorki, mała shisha i kilkanaście pocztówek.
-Gdzie byłaś tak długo? – zapytała pani Granger ignorując słowa córki. Ze sklepowej półki ściągnęła tandetną figurkę i zaczęła się jej przyglądać.
-Na rogu była księgarnia. Postanowiłam tam zajrzeć. W zasadzie nie znalazłam nic, poza przewodnikami turystycznymi i… takimi tam – wzdrygnęła się na wspomnienie wszechobecnych erotycznych artykułów.
-Wezmę to i wrócimy razem do hotelu.
-Dobrze mamo. Zaczekam na zewnątrz. – wyszła ze sklepu i skręciła w pierwszą uliczkę w której znalazła odrobinę cienia. Było ponad 30 stopni Celsjusza i nie najlepiej radziła sobie w tej temperaturze. Czuła się brudna, zmęczona i senna. Wyciągnęła z kieszeni opakowanie papierosów i prychnęła rozdrażniona, gdy okazało się, że został ostatni. Wyciągnęła go, zgniotła pudełko z nadrukiem „PALL MALL” i wrzuciła do stojącego obok kosza. Odpaliła papierosa od ognia zapalniczki i mocno się zaciągnęła. Poczuła dym trafiający do tej płuc, po czym powoli go wypuściła. Miała przymknięte oczy i wsłuchiwała się w hałas na głównej ulicy miasteczka. Nie cieszyła się na ten wyjazd, ale nie chciała sprawiać przykrości bliskim. Miała tu zbyt wiele czasu na myśli, które tak często wyrzucała ze swojej głowy, które tak bardzo chciała, by zniknęły. Czuła wielką pustkę w swoim sercu, ale wiedziała, że nie może wrócić do dawnego życia. Rzuciła papierosa na ziemię i dokładnie go przydeptała. Odetchnęła głęboko i przybrała minę zadowolonej. Ciężko było wciąż udawać, ale nawet cztery lata nie wystarczyły na zagojenie ran w jej sercu. Wyszła przed sklep, spod którego razem z panią Granger ruszyły do hotelu.
Resztę dnia spędziła z Peterem na plaży. Czuła się przy nim dobrze. Był dwa lata starszy od niej, studiował medycynę i był wyjątkowo dojrzały jak na swój wiek. Dbał o nią, jej rodzice go uwielbiali i wiedziała, że z nim czeka ją dobra przyszłość. Gdy patrzyła na jego uśmiechniętą twarz pękało jej serce. Nie mogła nic na to poradzić, choć tak bardzo chciała. Nie kochała go.
Była to ich ostatnia noc po dwutygodniowych wakacjach. Kładąc się do łóżka czuła podekscytowanie na myśl, o powrocie do domu i książek. Nauka dawała jej spokój duszy i uśmierzała ból.
-Hermiona? – usłyszała szept Petera
-Tak?
-Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie i bardzo cię kocham – odpowiedział, po czym delikatnie pocałował ją w usta.
Miała skłamać i odpowiedzieć „Ja ciebie też”, lecz w tym momencie do pokoju wleciała czarna sowa z listem przyczepionym do nogi.
-Co do… - zaczął zdumiony chłopak, zrywając się z łóżka.
Hermionie zrobiło się słabo. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Bo końcu co by miała powiedzieć? Usiadła na łóżka i tępym wzrokiem wpatrywała się w sowę, która przed nią usiadła.
„Błagam, nie… Tylko nie to” – pomyślała zrozpaczona. Peter powoli usiadł na łóżko. Wskazał palcem na nóżkę sowy.
-Czy to jest…list? – zaczął, będąc wciąż w głębokim szoku. Odwiązał pergamin.
-Peter… To chyba do mnie… - odparła w końcu Hermiona, wyciągając rękę w kierunku chłopaka. Nie spojrzała mu w oczy.
-Okej… Trzymaj – odparł zaskoczony.
Ostrożnie rozwinęła pergamin i poczuła zalewająca ją na przemian falę gorąca i zimna. Pod wiadomością zapisaną pięknym, drobnym pismem znajdował się podpis „S.S.” Tak dobrze pamiętała ten podpis… Severus…
Wróciła wzrokiem na górę listu i zaczęła czytać w myślach.
Granger,
Ze względu na troskę Dumbledore’a o Ciebie i Twoich rodziców jestem zmuszony stawić się przed świtem po Was oraz zabrać w bezpieczne miejsce. Siły Czarnego Pana znów rosną w siłę i planują odwet. Jako bliska przyjaciółka Harry’ego Pottera jesteś jedną z najbardziej narażonych na atak osób.
Nie ruszaj się z miejsca, w którym się znajdujesz.
S.S.
Zapraszam do lektury i gorąco zachęcam do komentowania.
-Expelliarmus! – głos dziewczyny potoczył się echem po zdewastowanym korytarzu. Greyback leniwym ruchem różdżki odbił zaklęcie, które rykoszetem trafiło w sklepienie nad Hermioną. Gwałtownie odskoczyła w bok, uchylając się przed spadającymi kawałkami sufitu. Szybko podniosła się z ziemi i zaczęła uciekać w stronę schodów. Niepotrzebnie dała wyciągnąć się tak daleko z głównego pola walki. Nie miała szans, był zbyt silny.
-EXPELLIARMUS! – krzyknęła wymachując chaotycznie różdżką, nerwowo zerkając za i przed siebie. Zdążyła wskoczyć za kolumnę, nim odbite zaklęcie przeleciało na wysokości, w której chwilę temu miała głowę. Chciała wychylić się i spróbować jeszcze raz, ale było za późno.
-Crucio! – ryknął wilkołak, powalając Gryfonkę na ziemię. Zaczęła nienaturalnie wić i wykrzywiać się pod działaniem jego zaklęcia. Ból był nie do opisania. Mężczyzna nogą usunął różdżkę z jej bezwładnej, zesztywniałej ręki. Po chwili cofnął klątwę, pochylił się i mocnym uściskiem dłoni chwycił ją za gardło, podnosząc wysoko. Przez sekundę miała okazję przyjrzeć się jego przerażającej twarzy – nienaturalnie niebieskim oczom, żółtawym, lekko zakrwawionym i zaostrzonym zębom oraz potarganym, szarym włosom. Poczuła obrzydliwy smród brudu i potu. Jeszcze mocniej wbił pazury w jej gardło.
-Słaba, paskudna szlama – rzekł ochryple i uśmiechnął się złowieszczo. Zaczęła odpływać, gdy nagle Greyback z całej siły rzucił nią o ścianę. Jęknęła. Była świadoma, że to już koniec. Teraz ją zabije. Podszedł do niej wolnym krokiem i pazurami przejechał po jej policzku. Ciepła ciecz popłynęła po jej twarzy, a w ustach poczuła metaliczny smak.
„Błagam… Niech zakończy to szybko…” – pomyślała. Zaczęła opuszczać powieki, gdy zobaczyła przed sobą zielone światło i głośny huk. Greyback przeleciał kilkanaście metrów, po czym upadł martwy na posadzkę.
-Granger! – usłyszała znajomy głos i zdążyła poczuć silne ręce chwytające jej ciało. Zemdlała.
***
Głośny dźwięk budzika rozległ się po pokoju dopiero godzinę przed południem. Wciąż lekko roztrzęsiona i zaspana usiadła na łóżku, zamykając i otwierając na zmianę oczy, w celu wyostrzenia obrazu. Pierwszym, co zauważyła, była wysoka kolumna zbudowana z książek. Stała na biurku, obok rozładowanego laptopa i trzech brudnych kubków po herbacie. Do tego masa pogniecionych ubrań na krześle, podłodze i oparciu łóżka. Głośno ziewnęła obiecując sobie w myślach, że dzień, w którym tu posprząta jest coraz bliżej. Wstała, chwiejnym krokiem podchodząc do okna i odsłaniając ciężkie, brązowe zasłony. Słońce sprawiło, że znów musiała przymrużyć oczy. Skierowała się w stronę toaletki i usiadła na białym, niskim stołku. Spojrzała w lustro i mechanicznie jej wzrok zatrzymał się na małej bliźnie na prawym policzku. Delikatnie przejechała po niej dłonią, jak gdyby chciała całkiem ją usunąć.
-To tylko blizna. Nic nadzwyczajnego… - mruknęła jak co rano. Powtarzała to tak często, że jakiś czas temu sama zaczęła w to wierzyć.
Wzięła do ręki szczotkę i szybko rozczesała wyprostowane, uporządkowane kilka dni temu u fryzjera włosy. Uśmiechnęła się delikatnie do swojego odbicia. Jej przeszłość nie może zniszczyć jej teraźniejszości. Nawet, jeśli powraca do niej w sennych koszmarach…
Zarzuciła na siebie szlafrok i zeszła na dół. W jadalni zastała swoich rodziców. Wesoło rozmawiali, popijając kawę przy stole.
-Dzień dobry – rzuciła pogodnie, przysiadając się.
-Dobrze, że już wstałaś! – odpowiedziała radośnie pani Granger.
-Och, skoro tak twierdzisz… - mruknęła z lekkim zdziwieniem na reakcję matki. Do pustego kubka nalała sobie świeżo zaparzonej, pachnącej kawy. Zrobiła duży łyk.
-Mamy dla ciebie z tatą niespodziankę!
-No tak, twoja matka nie mogła z tym zaczekać na przyjście Peter’a. To było do przewidzenia…
-Niespodzianka? Jaka niespodzianka?
W tym momencie rozległ się dźwięk pukania do drzwi.
-Ja otworzę – odezwał się pan Granger, złożył na pół trzymaną w ręce gazetę i ruszył do drzwi. Po chwili wrócił do jadalni z sympatycznie wyglądającym brunetem.
-Hej Miona. Nie sądziłem, że już wstałaś – rzucił, z zakłopotaniem zerkając na rodziców dziewczyny. Podszedł do niej i delikatnie pocałował ją w usta.
-I wiem o niespodziance… - dodała wesoło.
-Och… Zaklepałem bilety na poniedziałek. Mam nadzieję, że nie miałaś innych planów?
Pan Granger przewrócił oczami.
-Tego nie wiedziała. Postanowiliśmy zabrać cię na wakacje, Hermiono. Wybraliśmy Turcję. Od twoich zaręczyn z Peterem minął już rok, więc… Doszliśmy z mamą do wniosku, że… Sama wiesz. Skoro mamy być rodziną, to powinniśmy spędzić trochę czasu razem, w milszym miejscu. Poza tym odrobina wypoczynku ci się przyda! Nie możesz spędzić kolejnych dwóch lat zakopana w książkach bez odpowiedniego przygotowania. Ukończenie prawa na Cambridge to oczywiście świetna sprawa i bardzo cię wszyscy wspieramy, ale… Nie chcemy, żebyś oszalała – zaśmiał się pan Granger.
-Jesteście kochani, ale…
-Nie. Hermiona, nie ma wymówek. Bilety są zaklepane – przerwał jej brunet kładąc palec na jej lekko otwartych ustach.
-Hmmm – mruknęła. – Skoro tak, to idę się szykować! Mam jakieś czterdzieści godzin na streszczenie najważniejszych tematów na uczelnię. Książki są zbyt ciężkie, a przecież bagaż ma określony limit wagowy… - zamyśliła się, po czym wstała i opuściła jadalnię, nie zwracając uwagi na chichoczących za jej plecami rodziców.
***
-…na tak dużą ilość pacjentów. Tych w lepszej formie należy natychmiast przetransportować do Św. Munga. Trzeba zapewnić im odpowiednie leczenie, Dumbledore!
-Tak, tak… Korneliuszu, jesteś odpowiedzialny za ich bezpieczny transport. Powiadomię aurorów. Lepiej będzie zorganizować posiłki. Kto wie, co jeszcze nas czeka.
-Ja? Ależ Dumbledore…!
-Dziękuję za pomoc Korneliuszu – usłyszała szybkie kroki i głośne trzaśnięcie drzwi. I jeszcze raz.
Czuła pod sobą miękki materac i okropny ból każdej części ciała. Z trudem otworzyła oczy.
-Hermiona… - usłyszała przy sobie cichy, dziewczęcy głos. Z trudem obróciła głowę i zobaczyła rudowłosą przyjaciółkę.
-Ginny… Ja… Co się tu dzieje? – wyszeptała z trudem. Jej policzek pulsował gorącem.
-Greyback prawie cię wykończył. Snape cię znalazł i przyniósł tutaj. Kazał mi przy tobie zostać i… - podniosła fiolkę z eliksirem. - W razie gdybyś… - Ginny nie patrzyła jej w oczy. Łzy płynęły po jej policzkach. – Nie wiemy co Greyback ci zrobił. Baliśmy się, że…
-…mnie ugryzł – mruknęła Hermiona. – Nie zrobił tego.
-Naprawdę?! – rudowłosa rzuciła się na nią i mocno ją uściskała. Była cała rozdygotana od płaczu. – Tak się baliśmy, Miona! Wszystko poszło źle, a miałabym stracić jeszcze najlepszą przyjaciółkę!
-Co? Co poszło źle?! Ginny, proszę, opowiedz mi wszystko!
-No więc – ruda wzięła kilka oddechów na uspokojenie i otarła mokre policzki brudnym rękawem różowego swetra. Dostała go od Hermiony w ostatnie Boże Narodzenie. – Gdy zniknęłaś zaczęłam szukać cię z Nevillem. Pobiegliśmy w stronę schodów, ale tam zaskoczył nas ten paskudny wąż… Nagini. Harry mówił nam, że trzeba go zabić, by pokonać Sama-Wiesz-Kogo. Był ogromny. Chwyciłam Nevilla za rękę i chciałam uciekać, ale… Ale on się uparł, że musimy go pokonać. Nagle pojawił się Fenix Dumbledore’a z Tiarą Przydziału, a w środku był miecz Godryka Gryfindora! Neville go wyciągnął, ale wtedy ten wąż jakby… Zniknął. Wróciliśmy na dół i okazało się, że Harry’emu udało się odbić Avadę Sama-Wiesz-Kogo, ale…
-Nagini była horcruxem… Nie zabił go – wyszeptała do siebie Hermiona.
-Właśnie… - ruda opuściła głowę. Po jej policzkach znów płynęły łzy. – Nawaliliśmy. Boję się myśleć o konsekwencjach…
***
-Mamo, daj spokój. Po co ci tyle pamiątek? – dziewczyna przewróciła oczami widząc zapełniony w połowie koszyk. Kubki, wisiorki, mała shisha i kilkanaście pocztówek.
-Gdzie byłaś tak długo? – zapytała pani Granger ignorując słowa córki. Ze sklepowej półki ściągnęła tandetną figurkę i zaczęła się jej przyglądać.
-Na rogu była księgarnia. Postanowiłam tam zajrzeć. W zasadzie nie znalazłam nic, poza przewodnikami turystycznymi i… takimi tam – wzdrygnęła się na wspomnienie wszechobecnych erotycznych artykułów.
-Wezmę to i wrócimy razem do hotelu.
-Dobrze mamo. Zaczekam na zewnątrz. – wyszła ze sklepu i skręciła w pierwszą uliczkę w której znalazła odrobinę cienia. Było ponad 30 stopni Celsjusza i nie najlepiej radziła sobie w tej temperaturze. Czuła się brudna, zmęczona i senna. Wyciągnęła z kieszeni opakowanie papierosów i prychnęła rozdrażniona, gdy okazało się, że został ostatni. Wyciągnęła go, zgniotła pudełko z nadrukiem „PALL MALL” i wrzuciła do stojącego obok kosza. Odpaliła papierosa od ognia zapalniczki i mocno się zaciągnęła. Poczuła dym trafiający do tej płuc, po czym powoli go wypuściła. Miała przymknięte oczy i wsłuchiwała się w hałas na głównej ulicy miasteczka. Nie cieszyła się na ten wyjazd, ale nie chciała sprawiać przykrości bliskim. Miała tu zbyt wiele czasu na myśli, które tak często wyrzucała ze swojej głowy, które tak bardzo chciała, by zniknęły. Czuła wielką pustkę w swoim sercu, ale wiedziała, że nie może wrócić do dawnego życia. Rzuciła papierosa na ziemię i dokładnie go przydeptała. Odetchnęła głęboko i przybrała minę zadowolonej. Ciężko było wciąż udawać, ale nawet cztery lata nie wystarczyły na zagojenie ran w jej sercu. Wyszła przed sklep, spod którego razem z panią Granger ruszyły do hotelu.
Resztę dnia spędziła z Peterem na plaży. Czuła się przy nim dobrze. Był dwa lata starszy od niej, studiował medycynę i był wyjątkowo dojrzały jak na swój wiek. Dbał o nią, jej rodzice go uwielbiali i wiedziała, że z nim czeka ją dobra przyszłość. Gdy patrzyła na jego uśmiechniętą twarz pękało jej serce. Nie mogła nic na to poradzić, choć tak bardzo chciała. Nie kochała go.
Była to ich ostatnia noc po dwutygodniowych wakacjach. Kładąc się do łóżka czuła podekscytowanie na myśl, o powrocie do domu i książek. Nauka dawała jej spokój duszy i uśmierzała ból.
-Hermiona? – usłyszała szept Petera
-Tak?
-Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie i bardzo cię kocham – odpowiedział, po czym delikatnie pocałował ją w usta.
Miała skłamać i odpowiedzieć „Ja ciebie też”, lecz w tym momencie do pokoju wleciała czarna sowa z listem przyczepionym do nogi.
-Co do… - zaczął zdumiony chłopak, zrywając się z łóżka.
Hermionie zrobiło się słabo. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Bo końcu co by miała powiedzieć? Usiadła na łóżka i tępym wzrokiem wpatrywała się w sowę, która przed nią usiadła.
„Błagam, nie… Tylko nie to” – pomyślała zrozpaczona. Peter powoli usiadł na łóżko. Wskazał palcem na nóżkę sowy.
-Czy to jest…list? – zaczął, będąc wciąż w głębokim szoku. Odwiązał pergamin.
-Peter… To chyba do mnie… - odparła w końcu Hermiona, wyciągając rękę w kierunku chłopaka. Nie spojrzała mu w oczy.
-Okej… Trzymaj – odparł zaskoczony.
Ostrożnie rozwinęła pergamin i poczuła zalewająca ją na przemian falę gorąca i zimna. Pod wiadomością zapisaną pięknym, drobnym pismem znajdował się podpis „S.S.” Tak dobrze pamiętała ten podpis… Severus…
Wróciła wzrokiem na górę listu i zaczęła czytać w myślach.
Granger,
Ze względu na troskę Dumbledore’a o Ciebie i Twoich rodziców jestem zmuszony stawić się przed świtem po Was oraz zabrać w bezpieczne miejsce. Siły Czarnego Pana znów rosną w siłę i planują odwet. Jako bliska przyjaciółka Harry’ego Pottera jesteś jedną z najbardziej narażonych na atak osób.
Nie ruszaj się z miejsca, w którym się znajdujesz.
S.S.
Subskrybuj:
Posty (Atom)