blabla

czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział trzeci

Kolejny rozdział niebawem, może uda mi się naskrobać coś dłuższego.
Pozdrawiam i zapraszam do czytania :-)



Hermiona już od kilku minut nie spała. Leżała na swoim starym łóżku, w dormitorium dziewcząt i wpatrywała się w wiszący nad nią purpurowy baldachim. Nienawidziła marnować czasu w ten sposób, ale dziś czuła się wyjątkowo zdołowana i przygnieciona myślami szalejącymi w jej głowie. Cieszyła się jedynie z ciszy panującej w pomieszczeniu. Koleżanki z jej rocznika wróciły do domów dzień po bitwie, więc nie miała czasu ich pożegnać ani nawet zobaczyć. Nie sprawiało jej to przykrości, ponieważ nigdy za nimi nie przepadała.
Zastanawiała się nad rozmową z Harrym, którą odbyła dzień wcześniej. Odniosła wrażenie, że przez kilka dni diametralnie się zmienił. Zawsze był dla niej odważnym, choć nieco porywczym chłopcem o dobrym, czystym sercu. Wczoraj wydał jej się dojrzalszy, ale mniej ufny i otwarty. Martwiło ją to, a także fakt, że dała się wciągnąć w sprawę ze Snape’em. Wierzyła w jego niewinność i brak złych zamiarów, była mu wdzięczna za ocalenie przed wilkołakiem, ale czy rzeczywiście zależało jej na nim aż tak, by silić się i trudzić na udowodnienie swojej racji Harry’emu? Przygryzła wargę.
Powoli zsunęła się z łóżka, naciągnęła na siebie jeansy i zielony T-shirt. Włosy spięła w luźnego koka i skierowała się do wyjścia. Zastanawiała się, czy w Wielkiej Sali trwa śniadanie. Harry powiedział jej, że po wyjeździe uczniów ze szkoły, dyrektor udostępnił zamek Zakonowi Feniksa, zapewniając im bezpieczeństwo i odpowiednie warunki, ale nie była pewna, czy dotyczyło to także wspólnych posiłków. Schodziła powoli, rozglądając się po opustoszałej szkole. Przywykła już do biegających z góry na dół przerażonych uczniów, zapominających swoich zadań, książek, a czasami pierwszorocznych, wciąż gubiących się na złośliwych, zmieniających miejsce schodach. Hogwart bez uczniów przestawał być przyjemnym miejscem. Zaczynała dostrzegać potęgę zamku i podziwiała każdy jego zakamarek.
Gdy doszła do Wielkiej Sali była pewna, że wewnątrz trwa śniadanie. Pchnęła ciężkie drzwi i znalazła się w środku. Naprzeciwko niej stał długi, suto zastawiony stół, a wokół niego zasiadało pełno znanych jej i nieznanych twarzy. Speszyła się lekko, gdy kilkanaście osób zawiesiło na niej wzrok.
-HERMIONA! – usłyszała głos Ginny i dostrzegła jej machającą rękę. Skupiła spojrzenie na niej i podążała przed siebie, nie rozglądając się na boki.
-Cześć Wam – przywitała się z przyjaciółką, jej rodzeństwem w pełnym składzie, a także Harry’m i Neville’em. Na widok twarzy ostatniego wzdrygnęła się wewnętrznie. Nie miała pojęcia jakim zaklęciem dostał, ale współczuła mu całym sercem.  Zajęła miejsce obok między przyjaciółką, a Fredem, naprzeciw Harry’ego, z którym wymieniła porozumiewawcze spojrzenie. Nikt nie wiedział o ich planie i nie miał prawa się dowiedzieć. Gdyby Snape się dowiedział, że próbują go przechytrzyć… Przeszedł ją dreszcz. Sięgnęła ręką po rogalika i połówkę pomarańczy, a także nalała sobie gorącej kawy do filiżanki.
-Harry, kurczę, sam nie wiem czy moi starzy się nadają do tej roboty… -powiedział cicho Ron. Dziewczyna zorientowała się, że dołączyła do nich w trakcie trwającej dyskusji.
-Ron, mama i tata działali w Zakonie kiedy Ciebie nie było jeszcze na świecie. Poradzą sobie lepiej z tym zadaniem niż ktokolwiek inny! George na pewno zgodziłby się ze mną, gdyby nie jego problemy ze słuchem – Fred niedbałym ruchem ręki wskazał na miejsce, w którym brakowało ucha jego bliźniaka. Wszyscy przy stole cicho zachichotali.
-Jesteście okropni – prychnęła Hermiona. – O jakie zadanie chodzi? Może mogłabym pomóc?
-Nic wielkiego, kilka spraw w ministerstwie… - zaczęła Ginny.
-…objąć stanowisko Ministra Magii… - wtrącił się George.
-…podrzucić kilka kieszonkowych bagien… - dorzucił Fred.
-…i wymiotów pomarańczowych do gabinetu Umbridge! – dokończyli wspólnie, przybijając sobie piątkę.
-No tak… -mruknęła z uśmiechem Hermiona. Wykorzystała chwilę i rozejrzała się po osobach siedzących przy stole. Zauważyła profesor McGonagall pochylającą się w stronę Molly Weasley, Dumbledore’a dyskutującego z profesor Sprout, Kingsleyem Shackleboltem oraz kilkoma czarodziejami, których Hermiona nie znała. Po drugiej stronie stołu zauważyła Billa Weasley'a przytulającego Fleur. Było tu mnóstwo osób, jednak nigdzie nie zauważyła Severusa Snape’a.
-Za kim się tak rozglądasz, Miona? – mruknęła po ciuchu Ginny.
-Och… Gdzie jest Wasz tata? – rzuciła.
-Poszedł odwiedzić Remusa do Munga.
-Nie tylko odwiedzić. W szpitalu są ustawione warty, żeby nikt nie interesował się członkami Zakonu. Dostarczamy im własne leki i jedzenie. Lepiej nie ryzykować – dodał Percy.
-Słyszałem jak McGonagall rozmawiała z tatą na temat eliksiru tojadowego dla Remusa. Podobno Snape’owi kompletnie odwaliło i musieli go namawiać, żeby go przygotował. Dupek – powiedział Ron, po czym wsadził sobie do ust kawałek sadzonego jajka.
Hermiona nerwowo zerknęła na Harry’ego, który spojrzał na nią znad filiżanki. Nie potrzebowała teraz kolejnych złych opinii na temat Mistrza Eliksirów.
-Więc siedzi cały czas w lochach? – zapytała, siląc się na obojętny ton.
-Snape? Pewnie opala się na błoniach… - parsknął śmiechem Fred.
-Rany, czy można od Was uzyskać jakieś rzetelne informacje? Ze wszystkich i wszystkiego musicie robić sobie żarty? – odwarknęła poirytowana. Dopiła resztkę kawy i wstała. – Muszę lecieć, mam kilka spraw do załatwienia. Złapię Was później.
Odwróciła się i szybkim krokiem skierowała się w stronę wyjścia.

Wyszła na główny dziedziniec, starając się uspokoić. Denerwowała ją postawa chłopców. Snape był nieznośnym, złośliwym człowiekiem, ale nie miało to teraz znaczenia. Uratował ją. Gdyby nie on, dziś nie byłoby jej tutaj. Żaden człowiek nie posiadał nic cenniejszego niż dar życia. Możliwość wykorzystania go, spędzenia jak najlepiej, postawienia czegoś po sobie. Była młoda i niezaprzeczalnie bardzo uzdolniona. Jeśli miała zginąć, to chciałaby, żeby jej śmierć coś znaczyła, a nie była tylko przypadkowym nieszczęściem.
Zastanawiała się, jak to możliwe, że dostała drugą szansę. Wątpliwości Harry’ego powoli przelewały się na nią, docierając do jej serca. Jeśli chłopak miał rację, to marny jej los. Musiała jednak być pewna. Gdyby Snape okazał się zdrajcą, to musiałaby podzielić się tym z Dumbledore’m. Mistrz Eliksirów byłby skończony wśród społeczeństwa czarodziejów.
Martwiła się jednak, bo skoro nie miał ochoty pokazać się na śniadaniu, ani rozmawiać z Minerwą McGonagall, to jakie szanse miała ona? Jeśli podziękuje mu za uratowanie życia, to ich rozmowa zamknie się w dwóch zdaniach, po czym wyrzuci ją z gabinetu. Westchnęła zrezygnowana i ruszyła korytarzem do lochów. Musiała coś wymyślić, powód, by zbliżyć się do niego… Zawiesiła wzrok na kamiennej posadzce. Nie było sensu iść dalej bez dobrego planu.
-Co tu robisz? – usłyszała. Podskoczyła, gwałtownie obracając głowę w kierunku ściany. Hermiona zauważyła wiszący portret szczupłej dziewczynki. Miała rozpuszczone, ciemne włosy, jasne oczy i zadarty nos. Patrzyła z wyższością na Hermionę.
-Co Ci się stało w policzek? Przewróciłaś się? Na pewno nie. Wyglądasz, jakbyś walczyła z niedźwiedziem. I masz bardzo niechlujny strój… – dorzuciła przemądrzałym tonem, bawiąc się białą sukienką, którą miała na sobie.
-Przewróciła…? No tak! Blizna! – ucieszyła się niespodziewanie Gryfonka. –Dzięki! – rzuciła i nie zwracając uwagi na komentarze dziewczynki, ruszyła pewnym krokiem przed siebie.
Zbiegła po spiralnych schodach i dopiero ułamek sekundy po tym jak zapukała do ciężkich, drewnianych drzwi zdała sobie sprawę, że jej pomysł może być niewystarczający, a druga szansa pewnie szybko się nie trafi. Nie miała już jednak wyjścia. Drzwi otworzyły się, a w progu stanął Severus Snape. Nie miał na sobie standardowego stroju, a ciemne spodnie i czarną, elegancką koszulę. Minę miał jednak bardzo standardową – ust wykrzywione w nieprzyjemnym grymasie, oczy ciskające pioruny, a zakrzywiony nos zdawał się istnieć tylko po to, by podkreślać jego brzydotę.
-Czego chcesz, Granger? – warknął, wwiercając się w nią wzrokiem.
-Panie profesorze, chciałam z panem porozmawiać – powiedziała.
-Właśnie to robimy.
-Ale… czy moglibyśmy wejść do środka? – zerknęła nerwowo w głąb pomieszczenia.
-Nie. Nie mam ochoty na rozmowę z Tobą, a co dopiero na widok Ciebie w moim gabinecie – syknął.
Westchnęła ciężko. Wiedziała, że nie będzie łatwo, ale nie mógł już jej terroryzować. Nie była dzieckiem ani uczennicą Hogwartu, a on nie był jej nauczycielem. Była dorosła i musiała być odważną, pewną siebie czarownicą.
-Czy przekomarzanie się jest pana wieczną odpowiedzią na wszystko? Chcę z panem porozmawiać i być pewną, że gdzieś za rogiem korytarza nie stoi osoba chętna na przysłuchanie się tej rozmowie – rzuciła ostro. Czy postawienie mu się wzbudzi jego szacunek? Wewnętrznie przygotowała się na cios.
-Wejdź – usłyszała po chwili. Z niedowierzaniem spojrzała na mężczyznę.
-Nie będę tracić czasu, Granger, właź – rzucił, przewracając oczami. Szybko wślizgnęła się do pomieszczenia, przez pozostawioną jej wąską szczelinę między drzwiami, a futryną.
Gabinet Severusa Snape’a był małym, okrągłym pomieszczeniem. Piętrzące się, zakurzone regały ustawione jeden obok drugiego, były idealnymi meblami na przechowywanie słoików z obrzydliwą zawartością. Na środku pomieszczenia stał okrągły, stylizowany stół, a wokół niego trzy obite ciemną skórą fotele. Severus wolnym krokiem podszedł do jednego z nich i ręką wskazał miejsce dziewczynie, po czym sam zajął fotel po przeciwnej stronie. Kątem oka zauważyła ukryte między regałami drzwi. Pewnie prowadzą do jego komnat… - pomyślała.
-Słucham – powiedział cicho.
-No więc… - oblizała spierzchnięte wargi. Poczuła, jak jej serce zaczyna mocniej bić. – Chciałam panu podziękować. Za uratowanie mi życia… Zanim zjawił się pan na piętrze, byłam przekonana, że będę musiała zapłacić za swoją bezmyślność, ale… dostałam jednak drugą szansę. Dzięki panu. – opuściła wzrok na swoje ręce, gdy zauważyła złośliwy uśmiech na twarzy profesora. – Dlaczego się pan śmieje?
-Sytuacja byłaby całkiem poważna gdyby nie fakt, że najgłupszy błąd popełniła jedna z najinteligentniejszych uczennic. Przynajmniej według innych profesorów – dorzucił cynicznie i z satysfakcją przyglądał się czerwieniącej się dziewczynie.
-Tak, wiem. Ale nie jestem na tyle dumna, żeby nie przyznać się do tego błędu. Każdy jakieś popełnia, mniejsze lub większe, prawda profesorze…? – odgryzła się. Mężczyzna zwęził wzrok.
-Czego chcesz, Granger? – jego twarz znów przypominała wyrzeźbioną w skale.
-Potrzebuję pana pomocy. Po… walce z Greybackiem została mi blizna. Chciałabym się jej pozbyć, ale obawiam się, że to nie jest zwykłe rozcięcie. Mam rację?
-Od kiedy przejmujesz się wyglądem? – rzucił z irytacją. Kontynuował, nie zważając na jej oburzony wyraz twarzy. – Zajmowanie się bliznami jest chyba teraz dość nie na miejscu, nie uważasz? Zwykłe odwracanie uwagi od istotnych spraw. Dyrektor organizuje pogrzeb dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co Ty. Pomyśl, dzielna Gryfonko – tu znów rzucił jej złośliwy uśmiech i nachylił się w jej kierunku – co znaczą Twoje blizny wobec ofiar z ludzi? Może dobrze byłoby je pokazać światu? Społeczeństwo byłoby zachwycone widząc, jak dzielna przyjaciółka Złotego Chłopca naraża swoją gładką buźkę dla dobra innych – wysyczał, niemal wypluwając ostatnie słowa. Hermiona nie wiedziała w którym momencie w jej oczach pojawiły się łzy, a w którym popłynęły po policzkach.
-Na dole panowało piekło, a ten obrzydliwy potwór rzucał niewybaczalnymi w każdą ruszającą się osobę… - zaczęła łkając. - Chciałam go odciągnąć! CHCIAŁAM POMÓC! Czuję się odpowiedzialna za śmierć Luny i Tonks. Ta myśl będzie towarzyszyć mi już zawsze, nie będzie mi łatwiej.  Co chce pan jeszcze usłyszeć? Że przykro mi, bo żyję?!– krzyknęła, łapiąc z trudem powietrze. Schowała twarz w dłoniach. Severus zmierzył ją chłodnym spojrzeniem. Siedzieli chwilę w ciszy, przerywanej szlochem dziewczyny.
-Może uda mi się coś zrobić z Twoją blizną – mruknął po dłuższej chwili. – I masz rację. To nie jest zwykłe rozcięcie. Greyback był przesiąknięty czarną magią, więc nie będę w stanie usunąć tych blizn jednym machnięciem różdżki. Będę musiał przygotować eliksir, a to może potrwać – dodał z niechęcią. Hermiona nie dowierzała w to, co słyszy. Otarła ręką mokre policzki.
-Dz-dziękuję… - wydukała wciąż roztrzęsionym głosem.
-Wróć tu jutro rano, nie mam zamiaru sterczeć nad kociołkiem gdy Ty będziesz biegać po błoniach i zbierać kwiatki – rzucił niedbale. – A teraz wynocha. Wystarczy mi Twojej gryfońskiej obecności – dodał, wstając z fotela i kierując się w stronę wyjścia.
Hermiona wstała i spojrzała na niego nieśmiałym wzrokiem, kiedy przytrzymał jej drzwi.
-Dziękuję profesorze – powiedziała cicho, na co kiwnął jej głową. Minęła go i wyszła z gabinetu. Nie obracając się za siebie, ruszyła w kierunku schodów.

3 komentarze:

  1. Coraz lepiej, znowu bardzo dobrze oddałaś charakter postaci, Freda, Goerge'a, Rona... :) I przede wszystkim Sevka. "Od kiedy przejmujesz się wyglądem?", hah ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojeeejku, Severus <3 Jednak potrafi okazać pomocne oblicze, a przy tym nadal jest złośliwym, upartym Ślizgonem.
    Czekam na kolejny rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Łoooooo ale to fajne !! :) czekam na kolejny rozdział bo zapowiada się obiecująco :D dobrze piszesz :D
    Kora :)

    OdpowiedzUsuń