Witam :-)
Oddaję dziś w Wasze ręce drugi rozdział. W przeciwieństwie do pierwszego, ten w całości odnosi się tylko do przeszłości Hermiony.
Kolejny przewiduję do dwóch tygodni.
Zapraszam do lektury :-)
Hermiona
wzięła do ust ostatni kawałek czekolady, którą podrzuciła jej Ginny. Z
rezygnacją odłożyła na szafkę najświeższy numer Proroka Codziennego. Nad
wielkim zdjęciem Harry’ego, który wymija fotografa oraz kroczącego za nim
Dumbledore’m widniał napis „TEN, KTÓREGO
IMIENIA NIE WOLNO WYMAWIAĆ POWSTRZYMANY. CZY KOSZMAR POWRÓCI?”. Nie było
lepszego sposobu na przekonanie ludzi, że nie powinni czuć się bezpiecznie. Gdy
ciało Voldemorta zostało zniszczone ostatnim razem, ludzie wariowali ze
szczęścia. Każdy był pewny, że potwór nie pojawi się więcej w ich życiu. Dziś
każdy miał świadomość powagi sytuacji. Nikt nie zamierzał świętować. Nieufność
do sąsiadów, znajomych czy nawet rodziny w czasie wojny była wystawiona na
ciężką próbę, a teraz nikt nie chciał podpaść przyczajonym poplecznikom
Voldemorta. Zemsta mogłaby nadejść w każdej chwili.
Dziewczyna westchnęła ciężko, próbując przegonić czarne myśli. Rozejrzała się
po zatłoczonym pomieszczeniu, szukając znajomych twarzy. Pani Pomfrey biegała
po całej sali, rzucając stanowcze polecenia i wręczając odpowiednia eliksiry.
Hermiona poczuła respekt do tej kobiety. Kiedy wszyscy panikowali, a wokół
panował chaos, potrafiła zachować jasność umysłu. Mimo swojej surowości była
niezwykle dokładna, odpowiedzialna i skuteczna. Udało jej się postawić Hermionę
na nogi, gdy ta była przygotowana na
najgorsze. Miała jednak tak wiele zajęć, że dziewczyna nie mogła jej
podziękować.
Wciąż jednak czuła narastającą irytację, mieszającą się z żalem. Spędziła tu
już cztery dni, a jednak nikt prócz rudowłosej przyjaciółki nie zdecydował się
jej odwiedzić.
-Panno Granger – głos wyrwał ją z zamyślenia. Przy jej łóżku znikąd zjawił się
sam dyrektor. Spoglądając na nią znad okularów-połówek, wyciągnął rękę w jej
stronę. Zauważyła, że trzyma w niej paczkę cytrynowych landrynek.
-Dziękuję, ale chwile temu jadłam czekoladę.
-Rzeczywiście, to nienajlepsze połączenie smaków – uśmiechnął się blado,
chowając opakowanie do kieszeni i przysiadł na skraju jej łóżka.
-Jak się pani czuje? – zapytał poważniejszym tonem.
-Fizycznie coraz lepiej. Myślę, że jestem gotowa opuścić szpital, ale ciężko mi
złapać panią Pomfrey… - zerknęła na pielęgniarkę, która właśnie okrzyczała
jakiegoś czwartoklasistę za wylanie eliksiru na pościel.
-Tak, Poppy ma tu naprawdę dużo pracy. Nie wiem jakbyśmy sobie poradzili bez
tej zdolnej czarownicy – po tym zdaniu całkiem spoważniał i spojrzał Hermionie
prosto w oczy. – My także mamy swoje obowiązki, panno Granger. Jestem gotów
zwolnić cię dziś ze szpitala, jednak… zanim to zrobię, muszę z tobą
porozmawiać.
Dziewczynę przeszedł dreszcz zaniepokojenia.
-Hermiono, musisz mi obiecać, że już nigdy nie postąpisz tak bezmyślnie i
nieostrożnie jak postąpiłaś. Nie spodziewałem się takiego zachowania po
dojrzałeś i inteligentnej czarownicy za jaką cię mam. Naraziłaś na
niebezpieczeństwo nie tylko siebie, ale także profesora Snape’a, który śpieszył
ci z pomocą. Greyback wyróżniał się spośród popleczników Voldemorta niebywałą
gwałtownością, nieprzewidzialnością i okrucieństwem. Miałaś ogromne szczęście,
wychodząc z tego… żywą – zamilkł, zawieszając wzrok na czterech głębokich
szramach na zaróżowionym policzku dziewczyny. Miała opuszczoną głowę i
wpatrywała się w swoje dłonie.
-Ja… - nerwowo przygryzała wargę, a oczy piekły coraz mocniej. Po chwili po jej
policzkach popłynęły łzy. – Przepraszam. To było nieprzemyślane. Podjęłam złą
decyzję i… Nie dałam rady. Tak bardzo mi przykro – ukryła twarz w dłoniach,
kiedy jej ciało wstrząsnął szloch. Uspokoiła się po chwili, opanowując nierówny
oddech. Dumbledore położył rękę na jej ramieniu.
-Musisz być silna, by panować nad sobą. Przed nami ciężkie chwile. Potrzebujemy
twoich umiejętności, panno Granger. Gdy będzie pani gotowa, proszę zabrać swoje
rzeczy i udać się do Wielkiej Sali. Znajdzie tam pani swoich przyjaciół – dodał
ze smutnym uśmiechem, kiwnął głową i opuścił skrzydło szpitalne.
Niecałą godzinę później schodziła po ruchomych schodach, chcąc dostać się do
Wielkiej Sali. Zastanawiała się, co tak ważnego mogło powstrzymać jej
przyjaciół przed odwiedzeniem jej choć na moment w szpitalu. Miała nadzieję, że
znajdą dobry powód, bo ich ignorancja bardzo ją zabolała.
Hałas i głosy dochodzące z pomieszczenia dopadły ją jeszcze zanim podeszła pod
drzwi. Chwilę później pchnęła je, a pierwszą rzeczą, którą zauważyła, były
wściekłe, czarne oczy jej byłego nauczyciela eliksirów.
-Zejdź mi z drogi! – głośne warknięcie sprawiło, że momentalnie odskoczyła w
bok. Zdążyła zobaczyć jego falujące, czarne szaty, po czym rozległo się nieprzyjemne
trzaśnięcie głównej bramy. Dopiero po kilku sekundach uderzyła ją myśl, że
powinna pójść za nim i podziękować za uratowanie życia.
-Hermiona! – usłyszała za sobą głos przyjaciółki. – Wyszłaś ze szpitala? Jak
się czujesz? – Ginny mocno ją uścisnęła.
-Okropnie. Co się tu dzieje? – zapytała, dostrzegając tłok w sali.
-Chodź za mną… - mruknęła pod nosem, chwytając ją za rękę i prowadząc w głąb
pomieszczenia. Hermiona rozglądała się, korzystając z chwili.
Większość osób gromadziła się wokół map i zapisków rozłożonych na stołach,
kilka stało przy kominkach, nadzorując użytkowanie sieci Fiuu, a jeszcze inni
zajmowali miejsce przy ostatnim stole, na którym siedziało pełno sów. Dziewczyna
domyślała się, że odbierają i odpowiadają na otrzymane listy. Zwróciła także
uwagę na sklepienie Wielkiej Sali, które w tej chwili nie odzwierciedlało
żadnej pogody. Było to teraz zwykłe, szare sklepienie niczym nie odróżniające
się od reszty niezaczarowanych części zamku. Poczuła dziwny ucisk w żołądku na
ten widok.
-Harry’emu trochę odbiło, ale zaraz wszystkiego się dowiesz – szepnęła jej do
ucha, kiedy były już obok największej grupy ludzi. Było tu najgłośniej.
Zauważyła siedzącego obok kominka Neville’a. Nawet nie drgnął, kiedy dotknęła
jego ręki.
-Neville…? – nachyliła się w jego kierunku. Odwrócił delikatnie głowę, a ona
wzdrygnęła się, zszokowana. Połowa jego twarzy była purpurowa i pomarszczona, a
oko przekrwione. Było także widać świeże łzy na jego zdrowym policzku.
-Cześć Hermiono… - wypowiedział niemal szeptem. W tym samym momencie poczuła
pociągnięcie do tyłu.
-Hermiona! – usłyszała radosny okrzyk Rona. – Już myśleliśmy, że, no wiesz, nie
wrócisz do nas. W zasadzie wyglądasz nieźle! – odparł z uśmiechem. Oprócz
rozczochranych włosów, jego wygląd się nie zmienił.
-Ty nie najlepiej, ale jednak bez zmian – odparła Ginny i zaśmiała się cicho na
widok miny brata.
-Dobrze Cię widzieć – powiedziała szczerze i przytuliła przyjaciela. Dopiero po
chwili zauważyła stojącego obok Potter’a. Podeszła do niego.
-Harry… - zaczęła, ale chłopak uściskał ją.
-Musimy pogadać – mruknął cicho do jej ucha, po czym oderwał się od niej i wskazał
jej drzwi wyjściowe.
Hermiona odetchnęła gdy byli na błoniach zamku. W przeciwieństwie do szpitala i
Wielkiej Sali, tu było przyjemnie chłodno, cicho i spokojnie. Spojrzała z
daleka na chatkę Hagrida i zauważyła wydobywający się z kominka dym.
-Kiedy ostatnio rozmawiałaś ze Snape’em? – zapytał nagle, odganiając jej dobre
myśli. Przypomniała sobie głębokie, pełne niechęci spojrzenie wrogich oczu.
-Co? – zapytała zaskoczona. – Nie rozmawiałam z nim. Nie rozmawiałam z nikim,
prócz Ginny, pani Pomfrey i Dumbledore’a! Przeleżałam kilka dni w szpitalu
rozmyślając nad tym, gdzie się podzialiście! – rzuciła ostro.
-Mieliśmy naprawdę sporo na głowie, ale codziennie o Tobie myśleliśmy…
-…myśleliście – prychnęła, wchodząc mu w słowo i uśmiechając się ironicznie.
Chłopak zatrzymał się nagle.
-Hermiono… - zaczął, chwytając jej dłonie – Gdyby Greyback Cię zabił, to moje
życie rozsypałoby się na kawałki. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale… -
przygryzł wargę i spojrzał jej w oczy. Coś go trapiło.
-Harry, co się dzieje? – zapytała z troską, zapominając o chwilowej złości.
-Co on tam robił? Czemu Snape był na piętrze? Miał być w sali wejściowej z
Luną, Tonks i innymi… One… - przygryzł wargę, zawieszając wzrok gdzieś ponad dziewczyną
– One nie żyją. Zostały zamordowane, ponieważ Snape zniknął z pola walki. Nie
wierzę, że nie zrobił tego specjalnie. Pozwolił je zabić.
Hermiona poczuła, jak uginają się pod nią nogi, a z jej twarzy odpływa krew. Luna i Tonks nie żyją… Pomyślała o
ostatnich chwilach, które z nimi spędziła. Tonks karmiła swojego syna, a Remus
robił im zdjęcia. Była taka szczęśliwa… A Luna? Z Nevillem byli świetnie
dobraną parą.
-Neville… - jęknęła, przypominając sobie widok tępo wpatrującego się w kominek
chłopaka. – Co z Remusem?
-Jest nieprzytomny w Mungu. Nie mam pojęcia jak mu o tym powiem… Kochał ją. I jest
matką jego dziecka… Zawsze gdy będzie na nie patrzeć, będzie myśleć o Tonks… -
zamilkł.
-Harry… To moja wina. Gdybym nie odciągnęła Greybacka tak daleko…
-Nie. To wina Snape’a. Zostawił je na pewną śmierć… - przytulił dziewczynę i
usiedli na kamiennym schodku. Wpatrywali się w ciszy w kołyszące się w oddali
drzewa.
-Mijałam się ze Snape’em wchodząc do Wielkiej Sali. Był wściekły. Czy Ty… –
zapytała po kilku minutach.
-Nie, nie powiedziałem mu o moich podejrzeniach. Przypuszczam, że Dumbledore
zachęcił go do pomocy. Staramy się wyłapać wszystkich Śmierciożerców, którzy
uciekli z zamku. Zbieramy informacje, wysyłamy w teren aurorów.
-Snape mógłby się przydać. Znał ich i…
-Daj spokój. Skoro był na tyle głupi, by dołączyć do Voldemorta, to nie wierzę,
że nie zrobi tego ponownie. Nie mam pojęcia po której jest teraz stronie…
-Harry! To nauczyciel. I Dumbledore mu ufa!
-Dumbledore to tylko człowiek! – rzucił ostro.
-Więc… Masz jakiś plan? Nie wierzę, że Snape chciałby oszukać dyrektora, ale
jeśli mamy działać wspólnie, to musimy sobie ufać.
-Nie jestem pewny, czy mam ochotę śledzić każdy jego krok i marnować czas.
-To ja to zrobię – odparła Hermiona. – Może uda mi się dowiedzieć czegoś
więcej. Bezpodstawne oskarżenie go nie służy niczemu dobremu, Harry. Uratował
mi życie, więc chyba nie może być zły, prawda?
-To mógł być przypadek, Miona. Weszłaś mu w drogę, nie miał czasu dokończyć
roboty, kto go wie? Jeśli chcesz się tego podjąć, to musisz mi obiecać, że
będziesz ostrożna i wycofasz się w odpowiednim momencie.
Dziewczyna cicho zachichotała i przytuliła przyjaciela.
-Od kiedy to Ty jesteś tym odpowiedzialnym i rozsądnym, hmm? – mruknęła cicho.
O nie, tylko nie Luna... oprócz Belli, to jedyna postać, z którą zawsze się identyfikowałam :'( I duży plus za zachowanie charakteru Albusa - jest uprzejmy, ale mówi szczerze.
OdpowiedzUsuńAwww, jak się cieszę z nowego rozdziału <3
OdpowiedzUsuńTonks i Luna? No teraz to mi smutno, jedne z moich najukochańszych postaci :( A Severusa mało, zdecydowanie zbyt mało tutaj, oby już w kolejnym rozdziale było go więcej! :D Harry jak zwykle knuje coś przeciw Snape'owi, na dobre pewnie mu to nie wyjdzie.
Jestem ciekawa co wydarzy się dalej! ;>